Życie

Życie

Życie jest naprawdę niesamowite, nieprzewidywalne, genialne. Zmienia się jak w kalejdoskopie. I pomyśleć, że kiedyś chciałam popełnić samobójstwo, a wówczas nie przeżyłabym tych zadziwiających rzeczy, które każdego dnia dzieją się w moim życiu.

Jeszcze parę dni temu czułam się umierająca. Myślałam, że to koniec. Byłam z tym pogodzona. Wiem, że nie powinnam. Wiem, że ludzie, którzy godzą się na śmierć umierają zdecydowanie szybciej i łatwiej, gdyż ich podświadomość pozwala ciału odejść. Organizm nie walczy wówczas. Wiem, że najważniejsze to wciąż mieć w podświadomości to, że to jeszcze nie mój czas.

A mimo wszystko ostatnio, gdy myślałam, że mam zawał poddałam się temu. Leżałam i myślałam, że tak trzeba, że taka jest kolej rzeczy. Nie było we mnie buntu ani sprzeciwu.

A dziś okazuje się, że może jestem po raz czwarty w ciąży i wybieram z Arturem imię dla syna. Bo przecież to byłby syn tym razem. Życie mnie zdumiewa. Ja sama siebie zdumiewam. 

Przeżyłam

Przeżyłam

Przeżyłam. Wczoraj był trudny dzień. Do późnego wieczora spałam. Byłam tak słaba, że nie mogłam unieść powiek. Wszyscy domownicy mówili, że wyglądałam fatalnie. No może z wyjątkiem najmłodszej córki, która jeszcze mówić nie potrafi.

Pod wieczór wstałam i wzięłam kąpiel. Następnie zaczęłam ogarniać dzieci i dom. Po kilku godzinach znowu osłabłam i musiałam się natychmiastowo położyć do łóżka. Czułam ból i pieczenie w klatce piersiowej ale już znacznie słabsze niż wcześniej.

Dziś wstałam w miarę dobrej kondycji. Cały dzień byłam aktywna w domu. Czułam się słaba, ale na tyle dobrze by móc wrócić do normalnego trybu. Jeśli rzeczywiście przytrafił mi się zawał to jednak jeszcze mój czas nie nadszedł.

 

Ból

Dzisiaj najadłam się strachu i to tak porządnie. Wczoraj wieczorem siedząc przy laptopie nagle złapał mnie silny ból pleców tuż poniżej karku i rąk. Było to dziwne uczucie ponieważ ruszając rękoma jeszcze bardziej bolały mnie plecy. Musiałam odstawić laptop.

Pomimo tego, że Artur wcierał mi w plecy kilka razy żel na ból mięśni, nic nie pomagało.

Potem z każdą chwilą plecy, ramiona, barki i ręce bolały mnie jeszcze bardziej. Artur wykąpał mnie w gorącej wodzie i nasmarował maścią niedźwiedzią a potem przykrył kołdrą po szyję.

W nocy ból był tak silny, że nie mogłam się poruszać ani zmienić pozycji ułożenia ciała. Rano z trudem byłam w stanie wstać z łóżka do łazienki.

W apteczce był plaster rozgrzewający na ból pleców. Niestety pomimo tego, że Artur mi go nakleił na 6 godzin, ból się nie zmiejszył.

Doszły problemy z łapaniem powietrza. Szum w uszach. Mroczki przed oczami. Nudności. Ból głowy i bardzo silne zawroty. Do tego stopnia, że siadając na łóżku miałam wrażenie, że zaraz z niego spadnę.

Ból pojawi ł się też w okolicach szyi. Natomiast ten z pleców coraz bardziej zaczął przemieszczać się w głąb ciała, bliżej klatki piersiowej. A potem rozlało się tam uczucie pieczenia.

Oboje z Arturem pomyśleliśmy, że może to być zawał serca. Co chwilę pytał mnie czy wezwać pogotowie ale kazałam mu dać spokój. Oboje wiemy co by się stało gdybym w obecnym czasie trafiła do szpitala.

Jeśli to rzeczywiście był zawał to chyba go przeżyję. W końcu mam dopiero 41 lat. Tym bardziej jest szansa, że było to jednak coś innego. Reszta objawów powoli minęła, pozostało ogólne duże osłabienie, silny ból w klatce piersiowej i szum w uszach. Zobaczymy co będzie jutro.

 

 

 

Sekret

Sekret

-Sekret nie działa – woła mój syn i rzuca pionkami od gry.

-Sekret działa – mówię

-Nie, nie działa, wierzyłem cały czas w to, że wygram i przegrałem – rzuca ze wściekłością i wybiega z pokoju.

-Ale sekret działa – wołam za nim – przecież wygrałam trzy razy z rzędu.

No i właśnie tak jest z sekretem, link do filmu umieszczałam w jednym z wcześniejszych postów, ale na wszelki wypadek wrzucam go jeszcze raz. Sekret to magia przyciągania tego czego pragniemy. Jedni w to wierzą inni nie. Ja nie wierzę, ja to po prostu wiem, bo całe moje życie jest tego dowodem.

Wszystkie złe myśli jakie miałam sprawdziły się. Im usilniej się czegoś bałam tym szybciej się to wydarzało. Straciłam pracę kiedy zaczęłam się obawiać, że mogłabym ją stracić. Zostałam zdradzona przez partnera, kiedy tylko miałam obsesyjne myśli, że on mnie zdradzi. Poroniłam dziecko kiedy wciąż się martwiłam, że mogłabym je stracić. 

Przykładów mogłabym wymieniać bez końca. Całe moje życie to spełnianie się moich myśli. Zarówno tych dobrych jak i tych złych. Od jakiegoś czasu zaczęłam życzyć sobie, aby moje zaburzenia przestały mnie prześladować. Żebym odzyskała spokój i równowagę. I to się dzieje każdego dnia.

Oczywiście nie jest tak, że nagle nie mam borderline, DDA czy syndromu urojonej zdrady. Natomiast powtarzając sobie często, to czego pragnę widzę jak każdego dnia to się spełnia. Jestem spokojna.  Rzadziej wpadam w furie. Szybciej dochodzę do równowagi emocjonalnej. Mniej rzeczy jest w stanie mnie zaboleć. 

Także mój partner częściej zachowuje się w sposób, który mi odpowiada. Robi i mówi rzeczy, na które czekam, ale z czym się przed nim nie zdradzam. Nie muszę już powtarzać: zrób to, powiedz mi to. Po prostu to się dzieje. Sekret działa. 

Dopiero teraz

Dopiero teraz, gdy jestem unieruchomiona z powodu koronawirusa dostrzegam ile rzeczy chciałabym i mogłabym zrobić, gdyby wszystko znowu było normalne. Ile spraw załatwić, ile miejsc odwiedzić, z iloma osobami się spotkać. 

Czy tak samo będzie kiedyś, gdy nadejdzie starość, gdy nic już nie będę mogła zrobić, bo zostanę unieruchomiona. Czy dopiero wtedy zdam sobie sprawę z tego jak wiele chciałabym jeszcze osiągnąć?

Czy trzeba stracić możliwość działania, by poczuć jakie miało się możliwości? Ile chęci do działania?

Koronawirus

Koronawirus

Koronawirus

Od kiedy szaleje koronawirus czyli gdzieś od 20 dni jesteśmy uwięzieni w piątkę w domu. Co prawda Artur wybrał się ostatnio do Bolesławca o czym pisałam w tym poście, ale poza tym czas spędzamy wspólnie praktycznie nie wychodząc z domu.

Dziwny to czas, jeszcze takiego nigdy nie przeżyłam. Tak trzy tygodnie non-stop ze sobą bez możliwości wyjścia na zewnątrz i zrobienia czegokolwiek. Już nie wiemy co mamy ze sobą zrobić. 

Syn przygotowuje się do egzaminów ośmioklasisty, starsza córka zaczęła z nudów sadzić rośliny w doniczkach. Młodsza córka doskonali pierwsze kroki. My z Arturem gramy po kilka razy dziennie w Chińczyka, statki albo inne gry. Czasami wychodzimy na zakupy. 

Po części z nudów zaczęliśmy też wspólnie gotować, co bardzo mi się podoba. Do tej pory zamawialiśmy obiady z restauracji z dowozem do domu. Trochę się martwiliśmy jak ogłosili w Polsce pojawienie się koronawirusa, że nie będzie już takiej możliwości, ale na szczęście nadal to możliwe. 

Jednak chyba po długim czasie jedzenia restauracyjnych dań  zatęskniliśmy do domowych obiadów, bo dzisiaj zdecydowaliśmy się ugotować coś w domu i całkiem dobrze nam to wyszło. Oczywiście trzeba było odkopać garnki i patelnie ale warto było. 

Jutro zaplanowaliśmy dalsze porządki w mieszkaniu, bo poza graniem w gry i zakupami jest to teraz jedyna nasza aktywność, oczywiście nie wliczając zajmowania się naszą trójką urwisów, co zajmuje średnio 85 % czasu w ciągu dnia 😉 Wieczorami wspólna kąpiel i film to już tradycja od której nie ma reguły.

No a potem to już chyba w ruch pójdą puzzle bo nic innego nam już do głowy nie przychodzi. Dziwne to uwięzienie w domu. Tęsknię za świeżym powietrzem, bieganiem, spacerami…

 

 

Nie wiem ...

Nie wiem …

Nie wiem …

Nie wiem co mam Wam napisać. Ostatnio trzymam równowagę emocjonalną. Jestem spokojna i wyciszona. Nie biorę leków.

Zdarza mi się zapadać w siebie. To bardzo przyjemne uczucie, chociaż można by powiedzieć skrajne. Można się stamtąd już nigdy nie wydostać.

Jest tam bezpiecznie i cicho, i jakoś tak ciepło. Jak za dawnych czasów w grubej, puchowej pierzynie. Dziś pewnie nie wiele osób kojarzy taki przeżytek. 

Wciąż gmeram w mojej przeszłości. To jest jak zabawa w strumyku. Wiadomo, że jeśli weźmiemy patyk i zaczniemy gmerać nim po dnie strumienia, woda stanie się mętna i brudna, ale dopóki tego nie zrobimy jest niemal idealnie czysta.

Mnie się niestety ostatnio często zdarza tym patykiem sprawdzać dno strumienia. Wychodzą mi wciąż nowe rzeczy, nowe prawdy. Czysta woda teraźniejszości staje się coraz bardziej brunatna. Nie sądzę by było mi to do czegoś potrzebne, ale nie mogę przestać.

Czasami znów siedzę gdzieś, nie wiadomo gdzie, mam kilka lat, złość w głowie, gniew w sercu, zimne dłonie i brudne buciki. Jakbym wciąż od nowa powielała tamte dni. Jakbym nie mogła się z nich wyrwać. Jakbym tam została… Ale skoro jestem tam to kto jest na moim miejscu tu dziś???  

 

Sposób na oswojenie rzeczywistości

Sposób na oswojenie rzeczywistości

Sposób na oswojenie rzeczywistości

Borderka pisze…

Z cyklu moich opowiadań pt: „Zapisane i puszczone wolno…”

– Widziałeś ją gdzieś ? – pytam przelotem podnosząc się z łóżka i narzucając na siebie w pośpiechu szlafrok. Szykując się do pracy wiążesz krawat przed wielkim kryształowym lustrem w naszej sypialni.

– Nie – odpowiadasz krótko nie patrząc na mnie. Wychodzisz do przedpokoju, gdzie wkładasz świeżo wypastowane buty.

– Musiałeś przecież gdzieś się na nią ostatnio natknąć – mówię podążając za tobą. Myślę sobie, że przecież nie mogła tak po prostu przepaść. Próbuję przypomnieć sobie gdzie ją ostatni raz widziałam.

Sięgasz po płaszcz. Podchodzę do ciebie i wspinam się na palce chcąc pomóc zawiązać ci szalik. Odtrącasz moje dłonie. Sam kończysz go wiązać. Ze stolika bierzesz klucze i dokumenty, które nikną w kieszeni twojego płaszcza. Naciągasz na głowę kaszkiet. Sięgasz po czarną skórzaną torbę stojącą tuż przy drzwiach.

– Nie, już od dawna się na nią nie natknąłem – odpowiadasz wciąż nie patrząc na mnie, łapiesz za klamkę drzwi wyjściowych.

– Więc to znaczy, że zaginęła? – pytam z niedowierzaniem. Zastygasz w półkroku, jedną nogą już poza domem. Po raz pierwszy dziś spoglądasz mi głęboko w oczy.

– Nie zaginęła. Po prostu odeszła. – mówisz bez emocji i zamykasz za sobą drzwi domu.

Zostaję sama z twoimi słowami, które obmacują moją świadomość. Odeszła, odeszła, odeszła – słyszę brzmienie twego głosu przylepiające się do mojego ciała. Wolno wracam do łóżka. Zrzucam z siebie szlafrok i zanurzam się w chłodnej pościeli.

– A wydawało mi się, że dopiero co ją widziałam – myślę w drodze do snu – jak ta miłość szybko odchodzi…

Mogę

Mogę żyć swoimi pasjami albo swoimi lękami. Większość ludzi niestety żyje swoim strachem i nim karmi każdy swój dzień.

Warto odpowiedzieć sobie na pytanie czym jest mój lęk. Czego się boję. Co mnie przeraża?

To z powodu lęku nie realizuję swoich marzeń. To on powstrzymuje mnie przed działaniem. Przed pójściem naprzód. Przed robieniem rzeczy które lubię, które kocham. 

Dlaczego wciąż nie potrafię się skonfrontować z tym lękiem? Stanąć z nim twarzą w twarz?

Czy uważam, że to będzie zbyt trudne? Że będę musiała umrzeć? 

Tak, wiem, że trzeba umrzeć by się narodzić na nowo. To część procesu. Jest to to przez co muszę przejść by osiągnąć swój cel. 

Moje życie jest tego warte. Nie ważne z czym trzeba się zmierzyć.

"Miłość w czasach zarazy".

„Miłość w czasach zarazy”.

„Miłość w czasach zarazy”.

Wczoraj wieczorem próbowałam poukładać sobie część swojej przeszłości. Dokładniej poprzedni związek, który dotąd traktowałam jako coś wyjątkowego co przytrafiło mi się w życiu, a że był to związek dwóch osób z borderline, wydawał mi się jeszcze bardziej niesamowity.

Dopiero niedawno zaczęłam postrzegać go w zupełnie inny sposób. Zrozumiałam, że nie był taki jak w moich wyobrażeniach. Ostatnio zupełne przypadkowo natrafiłam na pewne fakty dotyczące tamtej relacji i okazało się, że to w co wierzyłam było kłamstwem. A najprzedziwniejsze uczucie to to, że od samego początku czułam, że jestem oszukiwana. Tylko ten ktoś wmawiał mi, że nie.

Dopiero teraz, gdy relacja jest już zupełnie zakończona dowiedziałam się o tym i poczułam … ulgę. Już nie postrzegam tamtej osoby jako ważnej w moim życiu. Już nie czuję, że byłam kochana przez nią ponad wszystko. Teraz wiem, że byłam jedynie jej bardzo potrzebna i to wszystko.

Jakby z tego powodu przestałam tamtą relację idealizować i zaczęłam zupełnie inaczej postrzegać obecny związek. Zobaczyłam go w innych barwach, nadałam mu nową jakość.

I tak Artur musiał pojechać dziś zawodowo do Bolesławca. A wiedziałam, że stwierdzono tam dwa przypadki zachorowania na koronawirusa i bardzo się tym jego wyjazdem martwiłam. Miał jechać pks-em, ale kiedy dotarł na dworzec okazało się, że wszystkie autobusy i busy są odwołane.

Musiał jednak zdążyć na konkretną godzinę, bo był umówiony z klientami, więc wziął taksówkę i pojechał na dworzec PKP a stamtąd pociągiem do Bolesławca. Kiedy chciał jednak wrócić okazało się, że PKP odwołało większość pociągów i myśleliśmy oboje, że utknie tam.

Borderline kocha

I wtedy zdałam sobie tak naprawdę sprawę jak jest dla mnie ważny. Jak bardzo go kocham. Dopiero dziś miałam okazje to poczuć. Rozmawialiśmy przez telefon i on prosił mnie bym mu znalazła w internecie jakiekolwiek połączenie do domu a ja szukałam i ze stresu nic nie mogłam wyszukać.

Ponieważ czułam presję czasu, bo ostatni dziś pociąg w jakikolwiek kierunku odchodził do Zgorzelca Artur prosił bym sprawdziła o której ma stamtąd połączenie do domu a ja wpisywałam to drżącymi palcami na klawiaturze i ciągle otwierały się nie te strony, które chciałam.

-Nie potrafię Ci tego znaleźć. – rozpłakałam się do słuchawki. – Nie umiem tego sprawdzić. – i zaczęłam wyć z bezradności, z nerwów, ze strachu o niego.

-Wszystko jest w porządku Skarbie, uspokój się – mówił łagodnym, bardzo spokojnym tonem – Nic nie szkodzi, pojadę do Zgorzelca a potem zobaczę jakie będę miał połączenia do domu.

-Nie potrafię tego znaleźć. – wciąż szlochałam, ale on nadal mówił spokojnie:

-Nie musisz już szukać, wszystko ok, jadę do Zgorzelca, potem zobaczymy. Nie denerwuj się proszę. Wszystko jest dobrze. – Ja jednak nadal nie mogłam się uspokoić aż wreszcie powiedział:

-Skarbie, potrzebuję cię teraz spokojnej dla siebie i dla dzieci, proszę cię, dobrze? – i wtedy natychmiast się uspokoiłam by dać mu ten spokój i żeby dzieci były spokojne. Otarłam łzy i się rozłączyłam. A potem spokojnie już sprawdziłam wszystkie połączenia ze Zgorzelca do domu.

Oddzwoniłam i podałam mu najbliższy pociąg do domu. Nagle wszystko stało się takie proste. Obiecałam jemu i sobie i nawet dzieciom, że dziś nie będę się z nim kłócić o nic choćby nawet moje border mnie roznosiło. Tak bardzo cieszyłam się, że wróci cały i zdrowy do domu, do nas.

I wrócił. Byłam szczęśliwa i niczego więcej już nie potrzebowałam. Ot i tak wygląda miłość w czasie zarazy…