Nie dajmy się zwariować

Nie dajmy się zwariować

Nie dajmy się zwariować

Co borderline to borderline, co DDA to DDA, a co odmienne spojrzenie na wiele spraw to odmienne spojrzenie. Nie można tak wszystkiego tłumaczyć tylko moim zaburzeniem. Bo czy gdybym nie miała zaburzenia to zgadzałabym się na wszystko co robi mój partner? Ze wszystkim co mówi? Z każdym jego zdaniem na jakikolwiek temat? No nie. Miałabym swoje i tylko swoje poglądy, które często stałyby w opozycji do jego. Broniłabym swojego zdania za wszelką cenę. Nie dajmy się zwariować 

W czym więc tkwi różnica? W sposobie w jaki bym to robiła? Nie krzyczałabym wtedy? Nie podnosiła głosu? Ach tak. Więc wszyscy ludzie bez borderline w czasie, gdy wymieniają swoje zdanie na jakiś temat z partnerem i nie mogą dojść do porozumienia to nie krzyczą? Nie podnoszą głosu? Są łagodni jak baranki? Hmmm… A może nie podnosiłabym na niego ręki? Nie policzkowała gdy jestem wściekła? Czyli każda kobieta, której nie uda się zapanować nad emocjami i wymierza facetowi policzek to borderka? Lub DDA? Nie dajmy się zwariować 

Ja tam miła dziewczyna jestem 😉

Poza swoimi zaburzeniami, które otrzymałam, a nie które wybrałam mam także mnóstwo normalności. Jestem wrażliwą kobietą, delikatną (poza momentami, kiedy nie jestem ;-)), szczerą i emocjonalną. Kiedyś, zanim borderline na dobre mnie dopadło, uwielbiałam deszcz, kwiaty, płomień ogniska, chodzenie po lesie i nasłuchiwanie szumu fal morza. Miałam swoje ukochane książki, filmy i muzykę. Nagle wszystko zniknęło i poza border nie mam już nic. Nie dajmy się zwariować 

Miałam marzenia, dużo pisałam, głównie do szuflady, uwielbiałam wpatrywać się w obrazy i przenosić w ich świat. Malarstwo mnie inspirowało. Kochałam też „starocie” – przedmioty, w których czas zaklął energię ludzi, zdarzeń i emocji. Ekscytowały mnie rzeczy znalezione w antykwariatach i na giełdach staroci. Miałam pasję życia, lubiłam je smakować. Nie dajmy się zwariować 

Ja dzisiaj

Wciąż kocham życie, tylko teraz jest ono chwilami nie do zniesienia. Zwłaszcza gdy brakuje mi zrozumienia ze strony moich bliskich. Niczego przed nimi nie ukrywam. Mówię szczerze co czuję, co myślę, jak mi jest. Mam jednak wrażenie, że nie ma to żadnego absolutnie sensu, ponieważ oni nie są w stanie w żaden sposób tego zrozumieć.

Powiedziałam dziś do Artura, że źle się czuję i ogólnie jest mi bardzo źle a on mi na to:

-„No i po co Ci to jest? Niech Ci nie będzie źle.”

Ot i tak to mniej więcej wygląda. Z drugiej strony rozumiem, że każdy już w domu ma dość mnie i moich humorów, nastrojów, zmiennych emocji. I co moi bliscy mają z tym zrobić? A ja? Co ja mam z tym zrobić? Chyba jest to typowy pat. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.