Borderline wzloty i upadki

Borderline wzloty i upadki

Borderline wzloty i upadki

Dół trwał dwa dni. Minął dziś. Trudno powiedzieć kiedy się pojawi, ale był naprawdę głęboki. Byłam na samym dnie. Tam jest strasznie. Jakby ktoś zakopał mnie żywcem wiele metrów pod ziemią. Prawie, że czuć zapach mokrej ziemi. Brakuje tam też powietrza.

W piątek idę do pracy. Zdecydowałam się przyjąć posadę zastępcy kierownika sklepu. Praca to jedyna sfera życia, w której czuję się jak ryba w wodzie. Tym bardziej, że kierownik regionalny nie odpuszczał i nawet dla mnie załatwił, że nie będę musiała wyjeżdżać na szkolenie na dwa miesiące. Odbędę je na sklepie własnym. 

Zawsze bardzo motywowały mnie takie gesty przełożonych. Tak było i tym razem. Kiedy odmówiłam po tym jak pozytywnie przeszłam rekrutację (dwa etapy) ze względu na to, że nie mogę przez dwa miesiące brać udziału w szkoleniu poza miejscem zamieszkania, kierownik regionalny napisał prośbę do generalnego, abym w drodze wyjątku mogła odbywać szkolenie we własnym sklepie.

To było wyjątkowe miłe i naprawdę przyjemne. Wiem, że zależało mu na mnie jako na pracowniku i w końcu przyjęłam tę pracę. Zaczynam w piątek i jestem spokojna. Wyjątkowo spokojna. Nie wiem co to powoduje, ale w pracy zawsze jestem tak pewna siebie czego w życiu osobistym tak bardzo mi brak. 

 

 

 

Kiedy nie ma już nic …

Nie wiem dlaczego jestem. Nikt przecież mnie nie zapraszał. Nikt nie mówił: „bądź”. Nikt na mnie nie czekał.

Nie wiem dlaczego jestem, przecież miało mnie nie być. A ja tak wbrew wszystkiemu i wszystkim pojawiłam się.

Jestem jak przekleństwo. Wszystko co robię robię źle, choć najczęściej w ogóle nie robię rzeczy, które powinnam. Jest to zachowanie naganne.

Wszystko za co się wezmę spieprzę. Ranię i krzywdzę ludzi wokół. Jestem wcielonym złem jak mawiał mój ojciec i miał co do tego rację.

Dzień szesnasty i siedemnasty podróży Kraków

Dzień szesnasty i siedemnasty podróży Kraków

Zakończyliśmy podróż w Krakowie, skąd wróciliśmy pociągiem bezpośrednim do domu. Kraków okazał się najważniejszym dla nas punktem podróży. Nie tylko dlatego, że podobał mi się najbardziej, ale przede wszystkim dlatego, że wiele zmieniło się w naszej relacji z Arturem.

Udało nam się tam odnaleźć siebie na wzajem, bo dotąd byliśmy oboje gdzieś zagubieni i najczęściej nie było nam po drodze. W Krakowie jednak wszystko się zmieniło. Żałuję, że dopiero tam, bo to już była końcówka naszej podróży, ale z drugiej strony ciesze się, że nam się udało naprawić wspólną relację.

Zdarzyła nam się taka naprawdę poważna kłótnia w Krakowie. Właśnie podczas niej każde z nas wykrzyczało drugiej stronie co tak naprawdę nas boli i wkurza. Może to był początek tego, że potem wszystko już się między nami poukładało.

 

Dzień czternasty i piętnasty podróży Kraków

Dzień czternasty i piętnasty podróży Kraków

Zakochałam się w Krakowie. Zwłaszcza w Krakowie nocnym. Właśnie wróciliśmy z Arturem z wieczornego spaceru po Starym Mieście. Byliśmy bez dzieci, tylko z najmłodszą córką.

Nasza relacja bardzo się poprawiła właśnie w tym mieście. Ma ono pozytywną energię. Siedzieliśmy sobie dziś pod Sukiennicami, jedliśmy kolację, piliśmy piwo i słuchaliśmy muzyki granej na żywo. Było cudnie.

W nocy obudził mnie ból i wilgoć

W nocy obudził mnie ból i wilgoć

Niby wiedziałam, że to musi się stać a mimo to byłam zaskoczona. Obudziłam się z silnym bólem i skurczami, wstałam i poczułam jak cała moja bielizna jest mokra. Idąc do łazienki usłyszałam plasnięcie, spojrzałam pod nogi i zobaczyłam, że coś ze mnie wypadło i rozbryzło się na drewnianej podłodze.

Poszłam jednak dalej i w łazience próbowałam doprowadzić się do porządku. Potem wróciłam do pokoju i ukucnęłam przy czarno-czerwonej plamie. Zaczęłam zbierać ją w papier toaletowy.

– „Przepraszam Cię, przepraszam moje dziecko” – mówiłam w myślach jakby chcąc je uspokoić, jednocześnie wiedząc, że zbieram jego szczątki z twardej podłogi.

Wróciłam następnie do łóżka z silnymi bólami i skurczami przez które nie mogłam już zasnąć. Zaczęłam się modlić za moje poronione dziecko: „wieczny odpoczynek racz mu dać Panie” i właśnie w tym momencie moja młodsza córka wybuchnęła ogromnym płaczem.

Był tak przeraźliwy i intensywny, że Artur nie był w stanie przez dłuższy czas jej uspokoić. Zastanawiałam się czy to był jej płacz za utraconym rodzeństwem.

Cały czas się zastanawiam czy to znowu moja wina. Czy to ja spowodowałam kolejne poronienie. Czy to przez stres, który nieustannie odczuwam? Czy przez moją wewnętrzną niezgodę na to co się wokół mnie dzieje?

Czy to efekt borderline? A może po prostu skomplikowane życie wewnętrzne? Czy to przez brak spokoju we mnie? Ciągłe szamotanie się z emocjami? A może to nie moja wina? Może tak miało być?

 

 

Dzień trzynasty podróży Toruń

Dzień trzynasty podróży Toruń

Dojrzewam. Tak naprawdę to dorastam. Nie mam już emocjonalnie 5 lat jak jeszcze przed wyjazdem. Podróż sprawiła, że zaczęłam ewoluować.

Myślę, że dziś mam już jakieś 7 lat. Nie potrzebuję już wciąż się przytulać. Nie szukam za wszelką cenę akceptacji i aprobaty. Potrafię zostać na chwilę sama i nawet w pewien sposób cieszyć się tą samotnością.

Wiem czego nie chcę i coraz wyraźniej dostrzegam to czego chcę. Coraz też lepiej widzę błędy jakie w życiu popełniłam i wciąż popełniam.

Uważam, że podwaliny pod moje teraźniejsze dojrzewanie położyła radykalna zmiana wspomnień. Co prawda dopiero zaczęłam ją stosować ale już widzę rezultaty.

Już samo to, że ojciec pozwolił mi być chcianą spowodowało, że wreszcie mogłam zaistnieć i to nie dla świata ale dla siebie samej. I zaistniałam. To przedziwne uczucie.

Dzięki temu, że mnie chciał, wyczekiwał, przyjął zaczęłam żyć dla siebie. Wreszcie po 41 latach. Nie potrzebuję już tyle się przytulać ani nie potrzebuję tyle uwagi partnera.

Dzień jedenasty i dwunasty podróży Malbork

Dzień jedenasty i dwunasty podróży Malbork 

Przyjechaliśmy wczoraj do Malborka. Tuż przed wejściem na zamek i rozpoczęciem zwiedzania poszłam do łazienki. Okazało się, że plamię. Prawie natychmiast dostałam silne bóle krzyżowe i już wiedziałam co będzie dalej.

Przez 5 godzin zwiedzałam zamek z olbrzymim bólem. Po powrocie do hotelu okazało się, że już krwawię. Nie miałam złudzeń – poronię po raz trzeci w ciągu trzech ostatnich miesięcy.

Zdystansowałam się na tyle od swoich własnych emocji, że niewiele czułam. Nie chciałam nic czuć. Doszłam do wniosku, że powinnam to przetrwać i zaczekać. Doszłam do wniosku, że mój czas jeszcze nie nadszedł.

Dzisiaj krwawię od samego rana. Do całkowitego poronienia jeszcze nie doszło ale dzidziuś już nie żyje. To kwestia kilku godzin.

Schowałam się głęboko w siebie. Jest tu cicho i można przetrwać w tym spokojnym zakątku. Czasami słyszę jak wichura uderza w okiennice a one z trzaskiem uderzają o siebie, ale wiem, że tu w środku jestem bezpieczna.

Nie chcę stąd wychodzić już nigdy. Nie potrzebuję już żadnych uniesień, egzaltacji, podniet. Chcę zapaść się w siebie i pozostać tu w bezruchu. Tak jakby świat po prostu się skończył.

Nie chcę nikogo kochać ani nikomu ufać. Nie chcę nikomu nic mówić o sobie. Chcę przestać istnieć dla świata. Być tylko w sobie i dla siebie.

Nie wiem gdzie jest Artur. Pomimo, że wciąż jest obok mnie to nie ma go ze mną. Pewnie to dlatego, że ja nie potrafię być z nim. Nie potrafię nic mu dać ani nic od niego wziąć.

Powróciłam do czytania. Już tak dawno tego nie robiłam a kiedyś czytałam setkę książek rocznie. Kupiłam wczoraj na dworcu w Elblągu dwie książki i jedną już kończę czytać.

Nie wiem do jakich rzeczy powinnam jeszcze powrócić z przeszłości. Na pewno były takie, które sprawiały mi przyjemność.

Dzień dziesiąty podróży Elbląg

Elbląg zrobił na mnie spore wrażenie. Bardzo podoba mi się Stare Miasto i atmosfera jaka tu panuje.

Wczoraj wieczorem po kłótni z Arturem wyszłam sama, bez telefonu poszwędać się po Starym Mieście. Byłam też na mszy w przepięknym elbląskim kościele.

Elbląg to dobre miejsce aby zacząć szukać siebie i aby siebie wreszcie odnaleźć. Jakiś zalążek tego rozpoczął się tu wczoraj.

Sopot, borderline i ja

Sopot, borderline i ja

Jestem żywym trupem. To się nazywa ponoć zombi. Oglądałam kilka horrorów o nich i jak tak patrzę na siebie dziś to rzeczywiście, bardzo podobnie do nich wyglądam.

Ten nieobecny wzrok, mechaniczne poruszanie się bez sensu i celu. To życie bez życia, pustka wyzierająca z każdej części ciała. Brak duszy.

O tak, moja dusza umarła. Tymczasem moje ciało nosi kolejne małe ciało, kolejne życie. Siedzę na kanapie i przesuwam palcem po szklanym ekranie mojego telefonu. W zasadzie nie czuję nawet, że jest mój.

Mam poczucie, że nie mam swoich rzeczy. Że nic nie jest naprawdę moje. Nawet ja sama nie należę do siebie. Czy kiedykolwiek należałam? Czy kiedykolwiek miałam siebie dla siebie? Nie.

Piszę a pustka mnie pożera kawałek po kawałku. Czy to ona zjadła moją duszę? A może moja dusza odeszła z moim mężem? A może narodziła się i umarła wraz z poprzednim partnerem? A może nigdy jej nie miałam.

Dzień siódmy, ósmy i dziewiąty podróży Sopot

Jesteśmy w Sopocie już trzeci dzień. Nie wiem co stało się z moim życiem. Nagle jakby się urwało, skończyło, przestało istnieć, odeszło w zapomnienie.

Szukam siebie, ale nie znajduję. Wszystko co dzieje się na co dzień nie należy do mnie. Jest jak film, który oglądam, ale w którym nie biorę udziału.

Wypowiadam słowa, robię jakieś gesty, wykonuję czynności. To wszystko jest jakby obok mnie. Jakbym nie miała z tym nic wspólnego. Jakby to nie było moje.