upadek

Upadek

Upadek

Wczoraj mnie tu nie było, bo w ogóle mnie nie było. Gdzieś się zagubiłam. Miałam upadek, załamanie. Po kilku cudownych dniach spokoju i relaksu nadszedł gorszy dzień. Jednak tak jak pisałam w poprzednich postach upadek nie jest powodem, by nadal nie iść przed siebie. Więc wczoraj wieczorem pozbierałam się do kupy, złożyłam w całość swoje kawałeczki. Znów się pojawiłam. Znowu jestem. Ja, Magdalena, borderka podniosłam się i idę przed siebie.

Przedwczoraj wieczorem już była pierwsza awantura z Arturem, która wpłynęła na moje postrzeganie rzeczywistości. Chyba mocno we mnie uderzyła, bo miałam wiele problemu z tym, by myśleć nadal pozytywnie. Resztkami sił przywoływałam dobre, pozytywne myśli, ale zachowywały się jak dzikie koty. Próbujesz do nich podejść, pogłaskać je a one z daleka się obwąchują i po chwili widzisz jak znikają gdzieś w zaroślach.

CDN.

 

Żegnaj Borderline - Lekcja 2

Żegnaj Borderline – Lekcja 2

Żegnaj Borderline – Lekcja 2

Trzy dni spokoju, poczucia ulgi i wolności, aż tu dziś załamanie. Mimo, że od piątku byłam bardzo pozytywnie nastawiona i nakręcona, że wszystko mi się uda. Mimo, że udało mi się uwierzyć, że mam moc decydowania o tym jak w pozytywny sposób zmieni się moje życie i przyszłość. Mimo, że utrzymywałam się w tym stanie przez trzy dni z dobrym rezultatem: nie było płaczu ani moich skrajnych emocji, to jednak dziś rano coś się zadziało.

Straciłam na chwilę chyba wiarę. To była chwila ale starczyła by wszystko się posypało. Znów kłótnia z Arturem, znowu łzy. Poczułam jak tracę grunt pod nogami. Chciałam za wszelką cenę temu zaradzić ale się nie udało. Jednak w głębi siebie się nie poddałam, nawet kiedy widziałam już, że moja nowa filozofia rozbija się o szarą codzienność, o zwykłe codzienne problemy, w środku walczyłam.

Miałam łzy w oczach, gdy kłóciłam się z Arturem ale nie pozwoliłam im swobodnie popłynąć. Spadły tylko dwie. Resztę zatrzymałam. Za wszelką cenę starałam się myśleć pozytywnie, chociaż wydawało mi się to już głupie i bezsensu. Co mi szkodzi? – myślałam. Co mi szkodzi pomimo tego, że wszystko wróciło nadal wierzyć, że będzie dobrze, nadal myśleć pozytywnie?

Im bardziej próbowałam w myślach układać sobie: on cię kocha, zrobiłby dla ciebie wszystko – tym bardziej wydawało mi się to głupie. Im bardziej przekonywałam siebie, że mimo, że on nie chce rozmawiać ze mną teraz, to porozmawia potem, jak ochłonie. Nienawidzę, gdy w czasie kłótni mówi do mnie: – „Nie chcę z tobą rozmawiać” i wychodzi. Czuję się wtedy opuszczona, porzucona. 

Siła umysłu

Dziś jednak znów to zrobił a potem powiedział, że wychodzi i poszedł sobie. Czułam jak rozpacz próbuje mnie wciągnąć ale uparłam się i mimo, że wydawało mi się to niedorzeczne i sztuczne, powtarzałam w myślach: później z tobą porozmawia, wszystko ci wytłumaczy, porozmawiacie normalnie i będzie ok. I w wyobraźni widziałam, że tak właśnie będzie. Cały czas to sobie wizualizowałam. 

I kiedy było mi już strasznie źle i myślałam, że za chwilę rzucę się w ramiona mojego borderline Artur zadzwonił do mnie. Powiedział gdzie był i gdzie teraz idzie a potem nagle dodał zupełnie innym, niższym tonem:

-„Co ja miałem jeszcze powiedzieć? Słuchaj… chcę z tobą porozmawiać. Wytłumaczę ci. Byłem wściekły na ciebie, bardzo wściekły, dlatego tak zareagowałem… – i zaczęliśmy normalnie gadać a on wytłumaczył mi wszystko co mnie bolało. Byłam naprawdę tym zadziwiona, tym, że zadziałało. 

Mogę wszystko myślałam podekscytowana. Jestem panią własnego losu. Mój umysł osiągnie wszystko w co uwierzę. To prawda, że umysł to potężna siła. Ludzie, którym przekazano wiadomość o tym, że są chorzy zaczynali umierać na tę chorobę nawet wówczas, gdy okazało się, że ktoś pomylił wyniki i podał im błędną informację a jednak medycyna zna mnóstwo takich przypadków, że osoby nie będące chore umarły na choroby, które przez pomyłkę ktoś u nich zdiagnozował. 

I odwrotnie, osoby ciężko chore, niemal umiejące, dzięki sile umysłu, wiary w to, że wyzdrowieją wychodzą z najcięższych chorób, co wciąż zdumiewa lekarzy. Wszystko jest w głowie. To prawda. Nigdzie więcej tylko w głowie. 

A potem siedząc sobie na kanapie patrzyłam jak Artur pracuje przy komputerze. Zrobił sobie chwilę przerwy, więc poprosiłam czy mógłby usiąść przy mnie na kanapie i wypić ze mną kawę. Przyszedł ale usiadł po drugiej stronie kanapy i zrobiło mi się przykro. I znowu poczułam, że to ponad moje siły ale w głowie układałam sobie, że pewnego dnia on sam zacznie przychodzić do mnie i mnie przytulać. Że nauczy się tego. Że zrozumie jak bardzo mi tego brakuje. 

Czułam się jak kompletna idiotka wyobrażając sobie, jak Artur sam z siebie będzie w przyszłości do mnie podchodził i okazywał mi czułość. Było to bardzo trudne, gdy wrócił po chwili do laptopa i znowu się w nim zatopił. Miałam wrażenie jakbym wykonywała olbrzymi wysiłek fizyczny. Jakbym przeładowywała wagon węgla łopatą ale postanowiłam, że się nie poddam.

Nie szkodzi, że mnie nie przytulił, kiedyś w końcu mnie przytuli – myślałam uporczywie. Układałam to w myślach kilka minut. I nagle stał się cud. Gdy tak wizualizowałam to sobie nagle on wstał od stołu, gdzie pracował i usiadł obok mnie obejmując mnie ramieniem. Siedziałam tyłem do niego w tym momencie, więc ze zdziwieniem się obejrzałam. On siedział i mnie obejmowałam. Nie mogłam uwierzyć. 

Nie wiem jak to się stało ale stało się. Do tej pory myślałam zawsze negatywnie i wszystkie te myśli mi się sprawdzały. Teraz kiedy uporczywie staram się myśleć pozytywnie i od razu to sobie wyobrażać te rzeczy też się sprawdzają. To jest niesamowite. Dzięki temu coraz bardziej wierzę w sukces wszystkiego co robię. 

zrozumieć siebie

Zrozumieć siebie

Zrozumieć siebie

Cisza… 

Syn gra na komputerze, starsza córka jest poza domem z przyjaciółką i wróci dopiero wieczorem, młodsza zasnęła w swoim łóżeczku. Artur jest w pracy. Ja leżę na kanapie owinięta kocem i próbuję się zrozumieć. Nigdy mi się to jeszcze nie udało. Czuję się jak bohater bajek, który musiał wykonać zadanie niewykonalne, bo jeśli tego nie zrobił to ginął. Był pożerany przez smoki albo zrzucany w czeluść piekielną.

Najczęściej na turniejach rycerskich bywało tak, że rycerz musiał wykonać zadanie albo trzy zadania, które decydowały o jego życiu i ręce księżniczki. Większość śmiałków jednak ginęła. I ja mam wrażenie, że zginę jeśli nie podołam temu zadaniu. Nie zrozumiem o co mi chodzi. Wiem tylko, że się boję i że sprzeciwiam się robieniu mi krzywdy. Z tego powodu robię te ciągłe awantury. Artur twierdzi, że to ja sama siebie krzywdzę a nie on.

Fałszywy obraz

Nie chcę krzywdzić nikogo, ani siebie ani mojej rodziny. Nie chcę krzywdzić Artura. Coś mi się w tym całym świecie nie zgadza. Wczoraj kiedy pytałam raz po raz Artura dlaczego patrzył na tamte kobiety w restauracji, w którymś momencie odpowiadając mi po raz kolejny, że na nikogo nie patrzył, że nikogo nie widział, prawie się rozpłakał. Do oczu napłynęły mu łzy, głos mu się załamał. A ja stałam i nie wiedziałam już komu mam wierzyć. Sobie czy jemu.

Czy mój umysł naprawdę mnie oszukuje? Czy wszystko co widzę jest zwykłą nieprawdą? To niemożliwe. Przecież widzę bardzo dobrze, słyszę bardzo dobrze. Artura zachowanie i słowa mnie bolą. Nie mogą mnie boleć bez przyczyny. Czy naprawdę jedyną przyczyną jest borderline? Nie wierzę w to. To nie mogą być tylko złudzenia, przewidzenia, omamy.

Dziś już było spokojnie, nie pokłóciliśmy się ani razu, ale lepiej tego nie wypowiadać przed 24.00. Oboje potrzebowaliśmy znowu oddechu, przerwy w tych nieustannych awanturach. Jutro 14 luty. Może ten dzień tez przyniesie coś dobrego, pozytywnego, coś co nas podbuduje. Choć trudno o tym w ogóle marzyć, gdy każdy dzień niemal teraz to klęska. 

Zazdrość o spojrzenia

Dzisiaj już zupełnie inaczej widzę wczorajszą sytuację czy ciąg sytuacji z restauracji. Inaczej też o nich myślę. Choć nadal nie wiem dlaczego wpadam w taką furię, gdy mój partner nawet przelotnie spojrzy na kogoś płci przeciwnej. Ja w zakresie własnej cielesności zawsze miałam wysokie mniemanie o sobie co rzadko zdarza się w BPD. Wciąż je mam mimo 41 lat. Uważam się za atrakcyjną kobietę, tak też się noszę (ubieram, maluję, czeszę) aby wciąż wyglądać bardzo atrakcyjnie. Tym bardziej nie wiem o co mi chodzi i dlaczego w takich chwilach tracę pewność siebie.

Borderline to żal

Borderline to żal

Borderline to żal

No a żal chodzi. O nic innego. Wszystkie inne emocje biorą się z żalu. Tak, to prawda, że lęk jest przeogromny i najsilniejszy u mnie. On determinuje wszystko. Mimo wszystko to od żalu wszystko się zaczęło. Borderline to żal

Matka kochała mnie bardzo, tak bardzo, że się dusiłam, nie mogłam oddychać, nie mogłam być sobą, nie mogłam dorosnąć. Wyręczała mnie we wszystkim, o wszystkim decydowała, kierowała mną, nie dając możliwości podejmowania decyzji. Wmawiała, że nic nie znaczę, że jestem nieporadna, słaba i żebym nawet nie myślała o tym, że mogłoby być inaczej. Twierdziła, że chce mnie ochronić przed rozczarowaniem. Że tak oczywiste jest to, że się nie nadaję, że nawet nie powinnam próbować. Borderline to żal

Kiedy była pijana nagle przestawała „mnie kochać”. Nie widziała mnie, nie odzywała się do mnie. Nie mówiła co mam robić. Nie kierowała mną. Wtedy nagle zostawałam sama, zdana tylko na siebie. Nie byłam do tego przystosowana, ponieważ w pozostałym czasie była przy mnie non-stop. Nie spuszczała mnie z oka. Miała wpływ na każdy mój krok. Takie chwile, gdy piła były dla mnie bardzo trudne. Borderline to żal
Borderline to żal

Czułam się porzucona

Czułam się  porzucona. Czułam się nikim. Nie rozumiałam co się dzieje. Z jakiego powodu pozbawia mnie swojej uwagi. Przejście z jednego stanu w drugi było płynne, choć poprzedzone jej nerwowością, po której następował okres „niedostępności”. Borderline to żal

Ojciec nic o mnie nie wiedział. Nie znał mnie. Byliśmy sobie zupełnie obcy. Nie mogłam na niego liczyć. Nie mogłam do niego przyjść gdy było mi źle. Słyszałam tylko jego ciągłe narzekanie do matki na mnie. Miał do niej pretensje, że źle mnie wychowuje, ale sam nigdy się tym nie zajął. Dla niego byłam „złym dzieckiem”. Do dziś nie wiem co to znaczyło.

Tak bardzo chciałabym żyć normalnie

Tak, mam żal. Taki olbrzymi, że mogłabym w nim utopić cały świat. Żal o to, że wydając mnie na świat oboje mnie skrzywdzili. Że z ich powodu cierpię już 41 rok życia i do dziś nie mogę się otrząsnąć. Od kiedy ojciec umiera na raka mój żal do niego topnieje, zmienia się w ogólny żal do życia. Tak bardzo chciałabym zacząć normalnie funkcjonować. Wiedzieć co to szczęście. Co to rodzina. Co to miłość. Co to spokój. Tak bardzo chciałabym normalnie żyć. 

Borderline – brak możliwości zmiany

Borderline to przedziwny stan. Jestem świadoma tego, że moja głowa mnie oszukuje. Oszukują mnie moje oczy, moje uszy. Oszukuje mnie mój umysł. Jestem tego świadoma. To tak jakbym ocknęła się nagle w czasie operacji na stole operacyjnym. Podana narkoza nie pozwoli mi się poruszyć ani dać znaku, że się wybudziłam i jestem świadoma, a mimo wszystko czuję wszystko.

Tak samo widzę swoje borderline. Co z tego, że jestem świadoma tego co się dzieje, skoro nie mogę zareagować? Nie mogę nic zmienić? Mechanizmy reakcji powstają w moim ciele zanim zdążę pomyśleć. Nie ma czasu na rozsądek. Nie ma czasu na przemyślenie. Nie ma czasu na przekonywanie samej siebie, że nic mi nie grozi. 

Ratunku! Atak paniki!

Co robić? Szukałam pomocy w internecie. Nie znalazłam jej. Co robić, gdy mam atak złości, lęku, paniki na raz? Jak się wyciszyć? Nie ma o tym ani słowa, bo czym są rady mówiące: „Postaraj się nie doprowadzać do sytuacji stresujących”? „Zapobiegaj przyszłemu stresowi„?
Borderline to żal

Żart? Nie wiem co mnie za chwile wyprowadzi z równowagi. Nie wiem, które słowo sprawi, że rzucę się na mojego partnera i będę chciała go bić. Kto pisze takie rady? Psychologowie? Uważam, że problem można usunąć tylko i wyłącznie u jego źródła, czyli w dzieciństwie. Nie ma możliwości aby usunąć skutek, nie usuwając przyczyny. Trzeba tam wrócić. Właśnie „tam”, do miejsca, w którym ktoś nas porzucił. Emocjonalnie lub fizycznie, lub jedno i drugie. Trzeba tamtemu dziecku w nas udzielić wsparcia i pomocy. Inaczej borderline będzie zawsze naszym katem.  Borderline to żal

Borderline to przyzwyczajenie

Borderline to przyzwyczajenie

Nowa patelnia

Kupiłam dziś nową patelnię. Planowałam to od kilku lat. W końcu dziś podjęłam tę trudną dla mnie decyzję i ją kupiłam 😉 Brzmi komicznie? Otóż jest to w równym stopniu komiczne co tragiczne. A oto historia moich patelni. Wszystkie patelnie jakie mam kupiłam z moim świętej pamięci mężem, który od pięciu lat nie żyje. Kupowaliśmy je na początku naszej wspólnej wędrówki przez życie, która trwała nie mniej nie więcej tylko 18 lat. Nie trudno policzyć, że termin ważności tychże patelni minął dawno temu. Nie pozbyłam się ich jednak. Wszystkie je zostawiłam tak jak i bardzo wiele innych rzeczy wspólnie kupowanych i używanych przez mnóstwo lat. Wczoraj na przykład kupiłam nową deskę do krojenia. Moje dzieci bardzo oponowały przez pozbyciem się kilku starych drewnianych desek, twierdząc, że wszystkie one są lepsze od tej nowej i one nie chcą bym tamte wyrzucała. Zaczęłam im tłumaczyć, że tamte deski kupowałam wiele lat temu z ich tatem a ze względu na to, że są drewniane dawno już powinny zostać wymienione na nowe ze względów chociażby higienicznych. Kiedy je wczoraj wyrzucałam do śmietnika czułam dziwny żal. Trudno było mi się z nimi rozstać. Wszystkie takie rzeczy nasiąknięte są wspomnieniami i emocjami z nimi związanymi. Ponieważ to mój mąż gotował i rządził w kuchni w naszym domu, w każdej takiej rzeczy odnajduję jego. Myślę, że już czas pożegnać się z tymi starymi przedmiotami i pozwolić mojemu zmarłemu mężowi odejść z naszego życia. To już najwyższy czas, tym bardziej, że nowym panem domu jest teraz Artur, ojciec najmłodszej mojej córki. Gdy dzisiaj po raz pierwszy przygotowywałam posiłki na nowej patelni byłam zszokowana jak łatwo i szybko można to zrobić. Technika wykonania patelni poszła do przodu przez te kilkanaście lat, zmienił się też rodzaj powłoki i co najważniejsze na nowej patelni zupełnie inaczej to wszystko przebiega niż na starej i wysłużonej. I wtedy przyszło mi do głowy, że z powodu tych swoich przyzwyczajeń utrudniam sobie życie. Patelnie należało wymienić dawno temu. Przygotowanie potraw na nich od dawna byłoby już przyjemnością a nie trudnością. Pomimo tego trwałam w swoich przyzwyczajeniach i nie potrafiłam podjąć żadnej decyzji o zmianie. Tak sobie myślę, że borderline to też takie przyzwyczajenie. Przyzwyczajenie negatywnego myślenia, ustalonych wzorców zachowań, rutyny postępowania. Wystarczyłoby wymienić „coś” na nowe a wszystko inne również poukładałoby się lepiej, wygodniej i łatwiej.

Biegania ciąg dalszy

Zarówno wczoraj jak i dzisiaj biegałam. Znowu wpadłam w pułapkę zastawioną przez siebie. Zaczęłam porównywać swoje czasy i dystanse. Nie o to miało chodzić. Miałam skończyć z porównywaniem siebie, to tylko wpędza mnie w kompleksy. Od dziś koniec z tym. Biegam dla biegania, nie dla bicia rekordów. To odbiera mi całą radość z tego co robię. 

 

zacznę biegać

Zacznę biegać

Zacznę biegać

Moje szczęście z przedwczoraj przeszło w załamanie wczoraj i stabilny stan emocjonalny dziś. Sama mam już dosyć tych chwiejnych nastrojów i ciągłego zmieniania się wszystkiego we mnie. Czy w ogóle jest we mnie coś co się nie zmienia? Nie mogę sobie teraz przypomnieć takiej rzeczy.

Dziś wreszcie z samego rana Artur porozmawiał ze mną spokojnie o sytuacji z czwartku i wyjaśnił dlaczego tak się zachował. Dzięki temu odzyskałam stabilizację, choć oczywiście tylko chwilową bo zapewne jutro rozpłynie się ona całkowicie. 

Podjęłam decyzję, że zacznę biegać. Może to po części chociaż pozwoli mi odreagować stres. Artur powiedział, że będzie mnie wspierać i będzie obok mnie. Pobiegłam dziś po raz pierwszy. Nigdy w życiu nie biegałam ani nie uprawiałam żadnej innej aktywności fizycznej, w-f był w szkole moją zmorą, bo niemal wszystkie ćwiczenia sprawiały mi bardzo dużo trudu, na metę zawsze dobiegałam ostatnia.

Całe życie miałam fatalną kondycję fizyczną, do tego ostania moja ciąża w wieku lat 40 bardzo wyeksploatowała mój organizm i była dla mnie prawdziwym ultramaratonem. Dziś pomimo idealnej sylwetki z trudem wchodzę na trzecie piętro. Zresztą zawsze byłam szczupła a mimo to ruch sprawiał mi trudność.

Dziś pokonałam dystans zaledwie 760 metrów a mimo to teraz bardzo bolą mnie mięśnie nóg, ale mam 41 lat i jeśli teraz czegoś z sobą nie zrobię to już nigdy nie zrobię. Dlatego stawiam sobie jasny cel: przebiec jednym ciągiem 60 km, bez limitu czasu bo nie o czas mi zupełnie chodzi. Chcę to zrobić dla siebie i tylko dla siebie.

Całe życie czułam się gorsza, bo nie potrafiłam biegać, skakać przez kozła, robić fikołków do tyłu czy podciągać się na rękach. Nienawidziłam zajęć z wychowania fizycznego i bardzo się wstydziłam swojej nieporadności. Teraz chcę pokazać sobie i tylko sobie, że potrafię się zmienić. Nie tylko pokonać borderline ale też inne swoje słabości.

 

 

Nagle coś pęka

Nagle coś pęka

Nagle coś pęka

Jeśli doszłaś/doszedłeś już do momentu, w którym na nic nie czekasz, nie masz marzeń ani oczekiwań, to godzisz się z życiem, z tym jakie ono jest. Masz wrażenie, że tak miało być i nawet nie zgłaszasz roszczeń ani reklamacji. Przyjmujesz wszystko. Twoje włosy siwieją, oczy tracą blask. Sylwetka lekko pochyla się do przodu. Ręce zwisają spokojnie wzdłuż ciała.

Wieczorami długo patrzysz w ciemność ale nie starasz się w niej niczego dojrzeć. To stan wegetacji, na który sobie pozwalasz. Jeśli po tym stanie jednak twój los się odmienia i nagle pojawia się światełko w tunelu boisz się. Jesteś tak przerażona, że nie wiesz jak się zachować. Nie snujesz głośno planów, nie potrafisz już głośno cieszyć się swoim szczęściem i nie umiesz radzić sobie z radością.

Strach cię paraliżuje. Ale gdzieś głęboko w sobie kawałeczek po kawałeczku zbierasz cały świat od nowa do kupy. Gdzieś w zakamarkach podświadomości budujesz swoją przyszłość, choć pełna lęku. Następuje moment, w którym znowu jesteś szczęśliwa i wiesz, że to szczęście boli i cieszy w jednym stopniu. A potem nagle coś pęka.

Twoja Miłość, ten ktoś – magiczny, wyjątkowy, jedyny, ten, który zjawił się w tym najważniejszym momencie mówi słowa, które wszystko przekreślają i wiesz już, że wszytko stracone. Wiesz, że nigdy już nie wróci to co było przedtem. Na powrót zaczynasz umierać. Masz w tym wprawę. Bo czasem kilka słów lub jeden gest uświadamia ci, że to „coś” to nie jest to „coś” – jakbyś odwijała prezent zapakowany w gruby, kolorowy, błyszczący papier. Prawie czujesz jego zawartość, wiesz, że to ten oczekiwany i upragniony, ale po otwarciu okazuje się, że to coś zupełnie innego.

Nie potrafisz ukryć rozczarowania i nie wiesz co zrobić z zawartością pudła. Kiedy to przytrafia się po raz drugi jest łatwiej zwinąć wszystko razem i włożyć do szafy. Szybko połykasz łzy i one nawet nie przedostają się na zewnątrz. Jesteś pełna goryczy i żalu, ale ponieważ dzieje się to po raz drugi w twoim życiu całkiem dobrze jesteś sobie w stanie tym poradzić. A szczęście? Zniknęło i nie wiadomo czy jeszcze kiedyś powróci.

A miłość? Cóż można tu powiedzieć? Miłość zaskakująco łatwo zniszczyć. Wykończyć. Co boli najbardziej? Chyba pomyłka. Poczucie, że znowu dałaś się nabrać na słowa: „Będzie jak w bajce”. Boli to, że niechętnie, ze strachem i z oporem ale gdzieś cząstka ciebie uwierzyła. Tak, to ta wiara boli najbardziej. bo przecież raz komuś zaufać i zostać oszukanym to normalne, ale przy drugim razie boli cię twoja głupota i naiwność.

To ten moment kiedy uświadomiła sobie, że nie tylko śmierć może jej odebrać ukochaną osobę. Nagle okazało się, że może ją odebrać również życie. Zwykłe, codzienne życie.
Co się dzieje potem? Kiedy już milion razy nie wyszło. Kiedy już w nic nie wierzy i kiedy już wie, że nigdy nie uwierzy? Życie bez sensu. Ranne wstawanie tylko potem by wieczorem iść spać… 

to koniec

To koniec

To koniec

W szkole bardzo podobała mi się książka „Granica” a zwłaszcza słowa jakimi się kończyła: „Chodzi o to, że musi coś przecież istnieć. Jakaś granica, za którą nie wolno przejść, za którą przestaje się być sobą.” Zdarzało mi się w życiu przekraczać wiele granic, wszystkie one trwale coś zmieniały. Albo coś we mnie albo coś w moim otoczeniu. Dziś znów jest taki dzień, gdy coś ważnego się skończyło. I wcale nie chcę oceniać czy to dobrze czy źle, bo skoro się skończyło to znaczy, że skończyć się musiało.

Granica

Przekroczyłam dziś granicę, której nie wolno mi było nigdy przekraczać jeśli chciałam by nadal było tak jak dotychczas, ale z jakiegoś powodu przekroczyłam ją i już nie da się nic zrobić. Jakby rozpadło się wszystko w drobny pył ale tak naprawdę po prostu odeszło. Odwróciło się, spojrzało powiedziałabym, że bez żalu i po prostu odeszło w swoją stronę. Zakończył się mój związek, choć pozornie jeszcze trwa. Wiem co teraz będzie, bo wszystko to już się kiedyś wydarzyło. Błagałam dziś swojego partnera, choć nie powinnam tak jak niegdyś błagałam kogoś kto był przed nim i od tamtej pory każdego dnia przestawałam go kochać, aż przyszła chwila, gdy stał mi się zupełnie obojętny. Jakby nigdy nie istniał. A początek swój miało to w akcie błagania, choć wtedy ten ktoś pod wpływem mojego błagania zrobił to o co prosiłam, a dziś pomimo tego, że uklękłam przed obecnym partnerem i błagałam na kolanach odwrócił się i odszedł, uwalniając mnie jednocześnie od miłości, którą go darzyłam. To proste – nigdy już nie można być z kimś kogo choć raz się błagało o cokolwiek.

Niepotrzebne

Zostałam sama w swoim świecie i zrobiło się tu więcej miejsca. Jest też dużo więcej spokoju. Doszłam do wniosku, że nikogo nie potrzebuję w moim świecie i nikt nie jest tu niezbędny. Czasami jest się sierotą od urodzenia nawet jeśli rodzice żyją. Kiedy jest nam źle nie możemy do nich przyjść, nie możemy się poskarżyć ani poprosić o pomoc. Jesteśmy zdani tylko na siebie. Kiedy mamy problem oni go wyśmiewają albo lekceważą. Kiedy płaczemy krzyczą na nas, żebyśmy nie histeryzowali. Czasami jest się sierotą od urodzenia nawet jeśli rodzice ciągle żyją. Jestem sierotą. Mój partner nie może być moim rodzicem. Nie zastąpi mi ojca. Nie da mi czułości i miłości, o której całe życie marzyłam. Nie obroni mnie przed niczym. Nie przytuli kiedy na to liczę. Nie porozmawia kiedy ja tego potrzebuję. To zupełnie osobny byt, który niczego mi nie zastąpi. Właśnie to zrozumiałam. On tylko „jest” i to wszystko. Czy jest jakaś różnica kiedy go nie ma? Całe życie szukałam w partnerze nieobecnego ojca z dzieciństwa. Chciałam by załatał we mnie wszystkie dziury i powiedział, że teraz już będzie dobrze. On tego nie potrafi. A ja nie potrafię go kochać, bo związek całe życie myliłam z opieką nade mną. Wypełnianiem mnie w pustych miejscach. Zapewnianiem, że warta jestem „być”. W innym związku nie potrafię być i nie wiem czy chcę. 

autoterapia - jak to działa

autoterapia – jak to działa

Radykalna zmiana wspomnień jako sposób na samouzdrawianie

W internecie wiele jest informacji o tym jak metoda samouzdrawiania zmienia ludzi i ich życie. Według niej każda osoba, która doznała jakiegoś bólu, cierpienia czy została poddana sytuacji, która na trwałe ją zmieniła może to odwrócić. Otóż bardzo wiele osób w dzieciństwie doznaje przykrych zdarzeń, które na stałe wywierają na nie wpływ. Są to akty przemocy fizycznej, psychicznej lub emocjonalnej: pobicia, gwałty, molestowanie, krzyki, upokarzanie, zabieranie poczucia wiary w siebie. Z tego powodu jako osoby dorosłe ludzie ci mają szereg zaburzeń, problemów z samymi sobą, innymi ludźmi, partnerami. Doświadczając negatywnych zdarzeń i emocji z nimi związanych w ludzkim ciele powstają pewne mechanizmy. Jeśli dziecko było np. bite kablem od żelazka (sama byłam w taki sposób bita) przez całe życie w jego organizmie będą pojawiały się pewne objawy, kiedy zaobserwuje, że ktoś w jego obecności bierze do ręki kabel i zwija go w charakterystyczny sposób. Tu już nigdy nie będzie czasu na myślenie co to osoba zamierza zrobić. Serce zacznie walić jak opętane, zaczną się pocić dłonie, w ciągu trzech sekund zrobią się całkiem mokre, do tego stopnia, że są w stanie odbić na suchej powierzchni swój pełny kształt. Braknie śliny w ustach. Uszy zaczną pulsować i zrobią się bordowe. Zaczną drżeć kończyny. I zanim zdamy sobie sprawę, że sprzedawca chowa klientowi stojącemu przed nami w kolejce sklepu z AGD żelazko do kartonu, aby mu je sprzedać rozpadniemy się na milion kawałków. Przykładów można by mnożyć. Za każdym razem kiedy mój facet zagląda do swojej komórki lub laptopa czuję niepokój. Nigdy nie zrobił nic co mogłoby mnie zranić ale w dzieciństwie doznałam tylu negatywnych doświadczeń związanych z odrzuceniem, porzuceniem, oszukaniem, zniknięciem, że za każdym razem wtedy wydaje mi się, że kiedy on zniknie w tamtym świecie choć na chwilę to zniknie też dla mnie.

Jak to dokładnie działa

Czytałam w internecie o ludziach, którzy dzięki radykalnej zmianie wspomnień przestają cierpieć z powodu doznanej krzywdy. Sytuacje są różne: tak np. ludzie, którzy doznali wypadków a wskutek nich obrażeń powtarzają w głowie dziesiątki razy to samo lecz zmienione wspomnienie. Czyli, że do wypadku nigdy nie doszło. Kiedy powtórzą to odpowiednią ilość razy aż w końcu w to uwierzą ich obrażenia znikają. Nie dawniej niż wczoraj czytałam o kobiecie, która zsiadała z motoru i gołą nogą dotknęła rozgrzanej rury wydechowej. Poparzenie było silne i bardzo cierpiała przez wiele tygodni. Leki, które stosowała nie bardzo pomagały. W końcu zaczęła powtarzać w myślach te scenę z pamięci, gdy schodziła z motoru, ale tym razem nic się nie zdarzyło, bo nie dotknęła nogą rury. Powtarzała to tyle razy aż jej umysł w to uwierzył.  W ciągu trzech dni wszystkie obrażenia na nodze zeszły. Podobne sytuacje opisują strażaków, którzy na służbie doznali poparzeń. Dzięki radykalnej zmianie wspomnień udało im się wreszcie wyleczyć obrażenia. Inne sytuacje opisują rany psychiczne. Wystarczy zastąpić przykre wspomnienia zmieniając  je w dobre a ponoć wtedy zajdą w ciele zmiany biochemiczne i człowiek może w inny sposób zacząć reagować. Nie wiem czy jest to prawda czy nie ponieważ nigdy tego nie spróbowałam ale właśnie zamierzam to przetestować.

 

jest mi zimno

Dlaczego do dziś jest mi zimno?

Dlaczego do dziś jest mi zimno?

– Mamo! – dobiega do mnie głośny głos – Mamo! Leżąc na plecach powoli odwracam głowę w kierunku głosu. Próbuję otworzyć oczy, ale one z jakiegoś powodu pozostają zamknięte. – Mamo! – słyszę znowu naglący głos, jak brzęk budzika, który rozkazuje nam go wyłączyć i wstać. Staram się zlokalizować źródło głosu, który dobiega z jakiejś odległości. Jest bliski i daleki równocześnie, jakby dwa głosy dobiegające z różnych odległości łączyły się w jeden i docierały teraz do mojej świadomości. Czyj to głos? – myślę. Wiem, że go znam, że jest mi bliski, że słyszałam go już tysiące razy. Mimo wszystko nie potrafię odpowiedzieć na pytanie do kogo należy. – Mamo! – słyszę znów. Już prawie go rozpoznaję. Odpowiedź jest na wyciągnięcie ręki. Czy to głos syna? Nie, to nie on. A może córki? Nie, też nie. Głos jest mi znany i bliski, ale nie należy do moich dzieci. – Mamo! – nagle zaczynam drżeć. Drżeć ze strachu. Wiem już co to za głos. To mój głos. Klęczę przy łóżku, na którym leży moja mama i wołam do niej próbując ją zbudzić. W końcu słyszę jej bełkot, z trudem wydobywający się z jej ust: „Nie ma mnie”. Odwracam się i wstaję. Biegnę w swój kąt pokoju. Łapię czarno-białego misia panda w ręce i zaczynam tulić do siebie. – Mamo ! – wołam jeszcze chwilę w myślach. – Mamo! Mamo! Mamo! Cisza. Pustka. Zimno. Wszechogarniające fizyczne, psychiczne i emocjonalne zimno. Chcę się ogrzać. Miś w moich ramionach, duży i puchaty nie potrafi ogrzać mojego ja, ale daje na chwilę poczucie bezpieczeństwa.

Sposób na uczucie zimna

Zimno. Muszę się ogrzać. Muszę się ciepło ubrać. Nie, to nie pomoże. Lepiej wezmę gorącą kąpiel. Zanurzę się w wodzie, której temperatura spowoduje czerwone zabarwienie mojej skóry. Tylko wtedy poczuję przez chwilę to upragnione poczucie, że jest mi wreszcie ciepło. Idę do łazienki, pośpiesznie ściągam z siebie ubranie, odkręcam kurki, zatykam korek. Wchodzę do środka. Woda jest bardzo gorąca, ale wytrzymuję. Ktoś puka w drzwi. – Mamo! – słyszę głos po drugiej stronie drzwi. – Kąpię się synu – odpowiadam. – Pomożesz mi w zadaniu z polaka jak wyjdziesz? Wzdycham. – No dobrze, przygotuj – mówię głośno i siadam z podkulonymi nogami w wannie. Opieram brodę o kolana. Zimno mi – powtarzam w myślach. Muszę się zagrzać – powtarzam w kółko. Po chwili woda mnie rozgrzewa. Mam uczucie ciepła, choć zdaję sobie sprawę, że to chwilowe i już wkrótce ponownie opanuje mnie chłód. Przywykłam marznąć, to już dla mnie tak naturalne jak oddychanie. Zawsze jest mi zimno, z wyjątkiem tych krótkich okresów, gdy udaje mi się rozgrzać. Wtedy pragnę zatrzymać to uczucie na dłużej, ale ono mija, odchodzi jak kochanek, który dał już wszystko co mógł i nic więcej dziś już dać nie może.

borderline

Poczucie bezpieczeństwa na chwilę

– Córeczko, wstawaj – dobiega mnie melodyjny głos, radosny, spokojny, ciepły. Uwielbiam ten głos, bo jest dla mnie wszystkim. Nic bardziej cennego już w życiu mnie nie spotka. Wybudzam się ze snu i wolno otwieram powieki. Nade mną pochyla się moja mama, uśmiechając się głaszcze mnie po włosach i twarzy. Jakie to przyjemne. Jest mi tak dobrze, że aż błogo. Nie chcę niczego więcej prócz tego, by ta chwila trwała w nieskończoność. Wtulam twarz w jej kochaną dłoń i zapominam o tym, że wczoraj była kimś innym. Po raz tysięczny zapominam, że z mamą jest coś nie tak. Wiem, że nie mogę tego pamiętać i że muszę cieszyć się każdą chwilą, gdy jest cała dla mnie, zanim nadejdzie znowu chłód, niedostępność i brak kontaktu. Tego dnia mama przygotowuje mi pyszne śniadanie, potem idziemy na długi spacer, lody i zakupy. Wieczorem odwiedzamy ulubioną ciocię. To taki cudowny czas. Obie dużo się śmiejemy i dużo rozmawiamy. Świeci słońce i jest mi ciepło, komfortowo, idealnie. Jak w bajce, która jednak wiem, że zamieni się w koszmar już wkrótce.

Pająk

– Mamo – słyszę szept. Wybudzam się powoli. Tuż przy łóżku stoi moja córka z ogromnym misiem pod pachą. Zrywam się i siadam na łóżku. – Co się stało kochanie? – pytam. – W moim pokoju jest wielki pająk – mówi łamiącym się głosem. Wyciągam do niej ręce i sadzam sobie na kolana. – To nie jest zwykły pająk – mówię przecierając oczy. – Jest magiczny. – Magiczny?– pyta córka z niedowierzaniem. – Tak- zapewniam – zupełnie magiczny. A potem stawiam ją na podłodze – Chodź, obejrzymy go – mówię i obie idziemy za rękę obejrzeć wielkiego pająka. Mała istotka jaką jest to zwierze siedzi nieruchomo na ścianie tuż przy łóżku. – Co robi ten magiczny pająk? – pyta córka. – Hmmm… Myślę, że w tym momencie kontempluje, ale zaraz zrobi coś całkiem magicznego. I łapię pająka w dłoń, zamykam go w niej, a następnie otwieram okno i wypuszczam na parapet. Pająk zaczyna biec po nim a następnie staje nieruchomo. – Pofrunie? – pyta mała. Hamuję śmiech, robię bardzo poważną i przejętą minę, po czym mówię: – Kiedy temu pająkowi jest bardzo zimno i czuje się osamotniony, przychodzi do ciebie po pomoc. Chciałby poczuć się bezpiecznie i ciepło. Wie jednak, że możesz się go bać, dlatego siada sobie cichutko w pewnej odległości i patrzy na ciebie. On nie chce zrobić Ci krzywdy. Zostanie tu jeśli będzie czuł, że nie chcesz jego obecności, ale jeśli pozwolisz mu wejść z powrotem do pokoju to to zrobi. I znów przycupnie cicho w kąciku. Będzie Ci wdzięczny, że nie pozwalasz mu zamarznąć na zewnątrz. – A skąd pająk będzie wiedział czy ja chcę? Zrozumie jak mu powiem? – oczy córki stają się coraz większe ze zdziwienia. – Nie. On jest magiczny. Nie musisz mu nic mówić, wystarczy, że będziesz to czuć, wtedy i on poczuje. Córka obgryza w ciszy ucho swojego misia patrząc to na pająka to na mnie. Nic nie mówię. Czekam. Pająk powoli przemieszcza się w drugi kraniec parapetu. Odchodzi. Nagle zatrzymuje się, zamiera w bezruchu, trwa to kilka sekund. Następnie w bardzo szybkim tempie wraca w naszą stronę, siada na plastikowym obrzeżu okna i znów zamiera na jakiś czas a potem wślizguje się zwinnie do pokoju, przemieszcza się po wewnętrznym parapecie i znika pod nim.

– On naprawdę jest magiczny – woła córka z entuzjazmem. – Bałam się go i chciałam, żeby sobie poszedł ale potem kiedy już sobie szedł zrobiło mi się smutno. I znowu chciałam, żeby wrócił. I on mamusiu wrócił! – wykrzykuje z radością i mocno mnie przytula.

borderline

Jestem borderline. Jestem takim pająkiem. Ludzie się mnie boją. Czasami chcą, żebym odeszła. Kiedy znikam im z oczu nagle zaczynają tęsknić. Chcą bym wróciła. Jestem borderline. Jestem pająkiem, który pełny swoich lęków i strachów siedzi w ciemnym kącie. Boję się innych, inni boją się mnie…