Borderline to przyzwyczajenie

Borderline to przyzwyczajenie

Nowa patelnia

Kupiłam dziś nową patelnię. Planowałam to od kilku lat. W końcu dziś podjęłam tę trudną dla mnie decyzję i ją kupiłam 😉 Brzmi komicznie? Otóż jest to w równym stopniu komiczne co tragiczne. A oto historia moich patelni. Wszystkie patelnie jakie mam kupiłam z moim świętej pamięci mężem, który od pięciu lat nie żyje. Kupowaliśmy je na początku naszej wspólnej wędrówki przez życie, która trwała nie mniej nie więcej tylko 18 lat. Nie trudno policzyć, że termin ważności tychże patelni minął dawno temu. Nie pozbyłam się ich jednak. Wszystkie je zostawiłam tak jak i bardzo wiele innych rzeczy wspólnie kupowanych i używanych przez mnóstwo lat. Wczoraj na przykład kupiłam nową deskę do krojenia. Moje dzieci bardzo oponowały przez pozbyciem się kilku starych drewnianych desek, twierdząc, że wszystkie one są lepsze od tej nowej i one nie chcą bym tamte wyrzucała. Zaczęłam im tłumaczyć, że tamte deski kupowałam wiele lat temu z ich tatem a ze względu na to, że są drewniane dawno już powinny zostać wymienione na nowe ze względów chociażby higienicznych. Kiedy je wczoraj wyrzucałam do śmietnika czułam dziwny żal. Trudno było mi się z nimi rozstać. Wszystkie takie rzeczy nasiąknięte są wspomnieniami i emocjami z nimi związanymi. Ponieważ to mój mąż gotował i rządził w kuchni w naszym domu, w każdej takiej rzeczy odnajduję jego. Myślę, że już czas pożegnać się z tymi starymi przedmiotami i pozwolić mojemu zmarłemu mężowi odejść z naszego życia. To już najwyższy czas, tym bardziej, że nowym panem domu jest teraz Artur, ojciec najmłodszej mojej córki. Gdy dzisiaj po raz pierwszy przygotowywałam posiłki na nowej patelni byłam zszokowana jak łatwo i szybko można to zrobić. Technika wykonania patelni poszła do przodu przez te kilkanaście lat, zmienił się też rodzaj powłoki i co najważniejsze na nowej patelni zupełnie inaczej to wszystko przebiega niż na starej i wysłużonej. I wtedy przyszło mi do głowy, że z powodu tych swoich przyzwyczajeń utrudniam sobie życie. Patelnie należało wymienić dawno temu. Przygotowanie potraw na nich od dawna byłoby już przyjemnością a nie trudnością. Pomimo tego trwałam w swoich przyzwyczajeniach i nie potrafiłam podjąć żadnej decyzji o zmianie. Tak sobie myślę, że borderline to też takie przyzwyczajenie. Przyzwyczajenie negatywnego myślenia, ustalonych wzorców zachowań, rutyny postępowania. Wystarczyłoby wymienić „coś” na nowe a wszystko inne również poukładałoby się lepiej, wygodniej i łatwiej.

Biegania ciąg dalszy

Zarówno wczoraj jak i dzisiaj biegałam. Znowu wpadłam w pułapkę zastawioną przez siebie. Zaczęłam porównywać swoje czasy i dystanse. Nie o to miało chodzić. Miałam skończyć z porównywaniem siebie, to tylko wpędza mnie w kompleksy. Od dziś koniec z tym. Biegam dla biegania, nie dla bicia rekordów. To odbiera mi całą radość z tego co robię. 

 

Ciernie z dzieciństwa

Ciernie z dzieciństwa

Moja mama alkoholiczka

Rozmawiałam dzisiaj z moją siostrą, która wróciła od rodziców i zadzwoniła do mnie. Chciała mi opowiedzieć o tym co powiedziała jej mama, która pijana zaczęła wygarniać jej swoje żale. Zaczęło się od tego, że zaczęła opowiadać siostrze dlaczego pije. Mówiła, że to przez jej beznadziejne życie, przez to, że w dzieciństwie nie była kochana, nie była przytulana, akceptowana. Potem kiedy poznała mojego tatę miała nadzieję, że wszystko się zmieni, że znalazła kogoś z kim będzie jej dobrze. Okazało się to pomyłką, ojciec bił ją, znęcał się nad nią, nie dawał pieniędzy na życie i na dzieci. Znowu nie czułą się ani kochana ani akceptowana. Całe życie ze wszystkim zmagała się sama, również z wychowaniem nas: mnie i siostry. Trzecią ciążę mama usunęła. To wszystko podała jako powód swojego alkoholizmu. Słuchałam bardzo uważnie tego co mówiła siostra. Wiem, że ciernie z dzieciństwa wpływają na całe późniejsze dorosłe życie.

Alkoholizm kontra borderline

Z problem alkoholizmu też się zmagałam. Trudno inaczej kiedy miałam podawany alkohol jako dziecko od piątego roku życia. Moja mama nie widziała w tym nic złego a może po prostu chciała mieć we mnie towarzyszkę do picia. Dziś patrząc na moje dzieci nie potrafię sobie wyobrazić takiej sytuacji bym mogła podać im alkohol, ale co siedziało wówczas w mojej mamie wie tylko ona sama. Parę lat temu podjęłam próbę ograniczenia alkoholu. Piłam dużo, od 18 roku życia codziennie około 3 piw. Dziś dopiero kiedy patrzę na to z perspektywy czasu widzę w sobie początki alkoholizmu. Wtedy nie widziałam w tym nic złego. Zawsze tłumaczyłam się, że mam mocną głowę i nawet nie szumi mi w niej a tym bardziej nie kręci po wypiciu tej ilości. Zgadza się, mój organizm rzeczywiście nie reagował żadnymi widocznymi objawami pewnie z tego powodu, że od dziecka był przyzwyczajony do spożywania alkoholu. Nikt nie był w stanie się domyślić, że cokolwiek piłam: nie plątał mi się język, miałam pewny krok, wyraźne spojrzenie. Zresztą rzadko się upijałam, jakkolwiek to brzmi. Chodzi mi o to, że sporadycznie czułam się pijana. Pewnie dlatego, że nienawidzę tego stanu, gdy tylko poczuję w głowie lekki zawrót natychmiast przestaję pić. Nie cierpię „helikoptera”.  Kiedy zdarzyło mi się, że uderzyłam mojego partnera na oczach moich dzieci zupełnie o tym nie wiedząc, jakbym miała czarną dziurę w głowie, powiedziałam sobie DOŚĆ. Pomimo, że tego dnia nie wypiłam ani kropli. Przez 3 miesiące w ogóle nie sięgnęłam po piwo (jest to jedyny alkohol jaki spożywam), a potem zaczęłam je pić od czasu do czasu np. w weekend. Po urodzeniu ostatniego dziecka znów piję częściej niż przez ostatni okres w swoim życiu, ale nie codziennie. Staram się by nigdy nie przekraczać 3 dni w tygodniu, ale kiedy zdarza się, że piję przez 4 to mam wyrzuty sumienia i następnie próbuję zrobić dłuższą przerwę. Już sama nie wiem co jest gorsze: alkoholizm czy borderline. Jedno i drugie marnuje życie. 

Bieganie

Dziś zrobiłam sobie przerwę i nie pobiegłam. Nie tłumaczę się – po prostu nie pobiegłam. Oczywiście korci mnie by powiedzieć, że to dlatego, że Artur wrócił przeziębiony z Warszawy i dlatego, że dwójka z trójki moich dzieci jest chora itp. ale nie zrobię tego. Nie będę szukać powodu, wykrętu, usprawiedliwienia. Gdybym naprawdę chciała pobiec to bym to zrobiła, widać nie chciałam. 

Brak miłości

Podsumowując jeszcze to zjawisko cierni z dzieciństwa dochodzę do wniosku,  że każde niekochane, zaniedbywanie dziecko będzie w życiu miało trudno. Normalność to chyba klucz do szczęścia. Co zatem z tymi, którym nie udało się w dzieciństwie zaznać „normalności” i nie potrafią jej też zbudować sobie i najbliższym w życiu dorosłym? Ciśnie mi się na usta tylko jedno: mają przesrane. Ja jednak będę za wszelką cenę szukać wyjścia.  Sposobu by przeszłość przestała determinować moją teraźniejszość.

 

biegam

Biegam

Wczoraj pobiegłam 1,32 km w 10 minut i czułam się później bardzo dobrze. Nie tylko nie bolały mnie nogi ale wręcz czułam przypływ energii. Bieg przyniósł mi spokój i relaks, pomimo tego, że przez całą drogę Artura do Warszawy kłóciliśmy się smsami. To już tradycja. Zawsze gdy wyjeżdża zaczynamy się kłócić za pomocą telefonów i smsów. Tuż przed biegiem miałam wrażenie, że eksploduję, tym bardziej, że Artur w pewnym momencie zaczął ignorować całkowicie moje wiadomości ale potem kiedy zaczęłam biec cała złość i żal odeszły gdzieś na bok. Na czas biegu przestały się liczyć. To cudowne uczucie, że jest coś ważniejszego od moich rozstrojów emocjonalnych.   

Dziś od rana jestem rozrywana przez sprzeczne uczucia dotyczące Artura. Moje dwie wykluczające się ze sobą osobowości już nie wiedzą co moją zrobić, aby wyrwać mnie sobie nawzajem. Każda próbuje jak tylko może uwiarygodnić swoje prawdy. Czuję, że wariuję. Próbuję za wszelką cenę trzymać się jednej myśli. Niestety nie jest to proste. Nie znalazłam na to jeszcze sposobu. Poza bieganiem ukojenie przynosi mi zajęcie się fizycznie jakąś czynnością, np. sprzątanie mieszkania, mycie naczyń, rozwieszanie prania. Udaje mi się wówczas choć na chwilę oderwać myśli od spraw, które mnie bolą i gnębią.

Dziś przebiegłam 1,37 km. Po biegu moje nogi miały tyle energii, że czułam jakby miało mi je rozsadzić. Myślę, że decyzja o bieganiu była bardzo trafna i jednocześnie bardzo mi potrzebna. Wiem, że dzisiejszy dystans to nic w porównaniu z 60 km, które sobie zaplanowałam, ale nie mam wątpliwości, że uda mi się osiągnąć cel.

 

całkowite przeciwieńśtwo

Całkowite przeciwieństwo

Całkowite przeciwieństwo

Jesteśmy z Arturem całkowitym swoim przeciwieństwem będąc jednocześnie identyczni. To wzmaga mój chaos a potem nagle całkowicie go porządkuje tworząc na powrót ład. Wieczna eskalacja problemów i negatywnych nastrojów i ciągłe wymazywanie jak gumką wszystkiego co złe. Poszliśmy dziś na zakupy. Pokłóciliśmy się w sklepie przy kasie. Całą drogę powrotną do domu wrzeszczeliśmy na siebie dając upust swojej złości. Ponieważ kupiliśmy kołdrę i poduszkę Artur okładał mnie nimi gdy wracaliśmy, mówiąc, że musi odreagować. Śmieszyło mnie to bo wyglądało komicznie, jednocześnie nie chciałam tego pokazać bo byłam na niego wściekła. Ściągnęłam moje wielkie, grube rękawice, które dostałam od córki na gwiazdkę i raz po raz smagałam go nimi po twarzy. On próbował uników co tylko w połowie mu się udawało. Gdy tak ktoś na nas patrzy z zewnątrz pewnie myśli, że oboje mamy coś nie do końca ok pod sufitem. Ja po czterdziestce, Artur po pięćdziesiątce a wciąż zachowujemy się jak dzieci. Nawet „nasze” dzieci ( z trójki tylko jedno jest wspólne) nie chcą z nami nigdzie chodzić twierdząc, że zachowujemy się dziecinnie i robimy im siarę. My się przy tym dobrze bawimy i dobrze czujemy tak bawiąc się jakbyśmy znów mieli po kilka zaledwie lat. Tym sposobem gdy wróciliśmy do domu nie było już w ogóle tematu kłótni i wzięliśmy się do codziennych obowiązków nie pamiętając zupełnie zajścia ze sklepu.

Przebiegłam dziś 980 metrów. Bolą mnie uda i stopy.

zacznę biegać

Zacznę biegać

Zacznę biegać

Moje szczęście z przedwczoraj przeszło w załamanie wczoraj i stabilny stan emocjonalny dziś. Sama mam już dosyć tych chwiejnych nastrojów i ciągłego zmieniania się wszystkiego we mnie. Czy w ogóle jest we mnie coś co się nie zmienia? Nie mogę sobie teraz przypomnieć takiej rzeczy.

Dziś wreszcie z samego rana Artur porozmawiał ze mną spokojnie o sytuacji z czwartku i wyjaśnił dlaczego tak się zachował. Dzięki temu odzyskałam stabilizację, choć oczywiście tylko chwilową bo zapewne jutro rozpłynie się ona całkowicie. 

Podjęłam decyzję, że zacznę biegać. Może to po części chociaż pozwoli mi odreagować stres. Artur powiedział, że będzie mnie wspierać i będzie obok mnie. Pobiegłam dziś po raz pierwszy. Nigdy w życiu nie biegałam ani nie uprawiałam żadnej innej aktywności fizycznej, w-f był w szkole moją zmorą, bo niemal wszystkie ćwiczenia sprawiały mi bardzo dużo trudu, na metę zawsze dobiegałam ostatnia.

Całe życie miałam fatalną kondycję fizyczną, do tego ostania moja ciąża w wieku lat 40 bardzo wyeksploatowała mój organizm i była dla mnie prawdziwym ultramaratonem. Dziś pomimo idealnej sylwetki z trudem wchodzę na trzecie piętro. Zresztą zawsze byłam szczupła a mimo to ruch sprawiał mi trudność.

Dziś pokonałam dystans zaledwie 760 metrów a mimo to teraz bardzo bolą mnie mięśnie nóg, ale mam 41 lat i jeśli teraz czegoś z sobą nie zrobię to już nigdy nie zrobię. Dlatego stawiam sobie jasny cel: przebiec jednym ciągiem 60 km, bez limitu czasu bo nie o czas mi zupełnie chodzi. Chcę to zrobić dla siebie i tylko dla siebie.

Całe życie czułam się gorsza, bo nie potrafiłam biegać, skakać przez kozła, robić fikołków do tyłu czy podciągać się na rękach. Nienawidziłam zajęć z wychowania fizycznego i bardzo się wstydziłam swojej nieporadności. Teraz chcę pokazać sobie i tylko sobie, że potrafię się zmienić. Nie tylko pokonać borderline ale też inne swoje słabości.