Poczucie winy

Poczucie winy

Faktem jest, że mam poczucie winy po poronieniu. Gdyby nie moje zaburzenie może moje dziecko by żyło. Może gdybym była spokojna kiedy było w moim łonie, to ono nadal byłoby ze mną. Poczucie winy

Ale nie byłam. Miotały mną silne emocje i nieraz się zdarzyło, że rzucałam się z pięściami na mojego partnera. Krzyczałam wtedy i płakałam. Moje ciało było kłębkiem nerwów. Moje borderline robiło z nim co tylko chciało. Poczucie winy

Moja starsza córka znowu się pocięła. Być może też z powodu mojego BPD. Przemyśleliśmy z Arturem problem i stwierdziliśmy, że damy jej coś co pomoże jej rozładować wewnętrzne napięcie. Kupiliśmy jej worek do boksowania i matę do tańczenia. Taką, którą podłącza się do telewizora lub laptopa. Poczucie winy

Córka jest zachwycona, ale ja wiem, że to tylko substytut normalnej matki. Tak bardzo chciałabym nią być. Pewnego dnia się nią stać. Od kiedy córka opowiedziała mi o tym, jak trudno jej się żyje i dlaczego się tnie ani razu nie pokłóciłam się z Arturem w domu. Raz tylko poza domem, więc nie była tego świadkiem. 

Straciłam jedno dziecko. Drugie nie radzi sobie z emocjami. Czuję się rozdarta. Czuję się winna. Czuję się… borderline. 

Poczucie winy

Borderline to żal

Borderline to żal

Borderline to żal

No a żal chodzi. O nic innego. Wszystkie inne emocje biorą się z żalu. Tak, to prawda, że lęk jest przeogromny i najsilniejszy u mnie. On determinuje wszystko. Mimo wszystko to od żalu wszystko się zaczęło. Borderline to żal

Matka kochała mnie bardzo, tak bardzo, że się dusiłam, nie mogłam oddychać, nie mogłam być sobą, nie mogłam dorosnąć. Wyręczała mnie we wszystkim, o wszystkim decydowała, kierowała mną, nie dając możliwości podejmowania decyzji. Wmawiała, że nic nie znaczę, że jestem nieporadna, słaba i żebym nawet nie myślała o tym, że mogłoby być inaczej. Twierdziła, że chce mnie ochronić przed rozczarowaniem. Że tak oczywiste jest to, że się nie nadaję, że nawet nie powinnam próbować. Borderline to żal

Kiedy była pijana nagle przestawała „mnie kochać”. Nie widziała mnie, nie odzywała się do mnie. Nie mówiła co mam robić. Nie kierowała mną. Wtedy nagle zostawałam sama, zdana tylko na siebie. Nie byłam do tego przystosowana, ponieważ w pozostałym czasie była przy mnie non-stop. Nie spuszczała mnie z oka. Miała wpływ na każdy mój krok. Takie chwile, gdy piła były dla mnie bardzo trudne. Borderline to żal
Borderline to żal

Czułam się porzucona

Czułam się  porzucona. Czułam się nikim. Nie rozumiałam co się dzieje. Z jakiego powodu pozbawia mnie swojej uwagi. Przejście z jednego stanu w drugi było płynne, choć poprzedzone jej nerwowością, po której następował okres „niedostępności”. Borderline to żal

Ojciec nic o mnie nie wiedział. Nie znał mnie. Byliśmy sobie zupełnie obcy. Nie mogłam na niego liczyć. Nie mogłam do niego przyjść gdy było mi źle. Słyszałam tylko jego ciągłe narzekanie do matki na mnie. Miał do niej pretensje, że źle mnie wychowuje, ale sam nigdy się tym nie zajął. Dla niego byłam „złym dzieckiem”. Do dziś nie wiem co to znaczyło.

Tak bardzo chciałabym żyć normalnie

Tak, mam żal. Taki olbrzymi, że mogłabym w nim utopić cały świat. Żal o to, że wydając mnie na świat oboje mnie skrzywdzili. Że z ich powodu cierpię już 41 rok życia i do dziś nie mogę się otrząsnąć. Od kiedy ojciec umiera na raka mój żal do niego topnieje, zmienia się w ogólny żal do życia. Tak bardzo chciałabym zacząć normalnie funkcjonować. Wiedzieć co to szczęście. Co to rodzina. Co to miłość. Co to spokój. Tak bardzo chciałabym normalnie żyć. 

Borderline – brak możliwości zmiany

Borderline to przedziwny stan. Jestem świadoma tego, że moja głowa mnie oszukuje. Oszukują mnie moje oczy, moje uszy. Oszukuje mnie mój umysł. Jestem tego świadoma. To tak jakbym ocknęła się nagle w czasie operacji na stole operacyjnym. Podana narkoza nie pozwoli mi się poruszyć ani dać znaku, że się wybudziłam i jestem świadoma, a mimo wszystko czuję wszystko.

Tak samo widzę swoje borderline. Co z tego, że jestem świadoma tego co się dzieje, skoro nie mogę zareagować? Nie mogę nic zmienić? Mechanizmy reakcji powstają w moim ciele zanim zdążę pomyśleć. Nie ma czasu na rozsądek. Nie ma czasu na przemyślenie. Nie ma czasu na przekonywanie samej siebie, że nic mi nie grozi. 

Ratunku! Atak paniki!

Co robić? Szukałam pomocy w internecie. Nie znalazłam jej. Co robić, gdy mam atak złości, lęku, paniki na raz? Jak się wyciszyć? Nie ma o tym ani słowa, bo czym są rady mówiące: „Postaraj się nie doprowadzać do sytuacji stresujących”? „Zapobiegaj przyszłemu stresowi„?
Borderline to żal

Żart? Nie wiem co mnie za chwile wyprowadzi z równowagi. Nie wiem, które słowo sprawi, że rzucę się na mojego partnera i będę chciała go bić. Kto pisze takie rady? Psychologowie? Uważam, że problem można usunąć tylko i wyłącznie u jego źródła, czyli w dzieciństwie. Nie ma możliwości aby usunąć skutek, nie usuwając przyczyny. Trzeba tam wrócić. Właśnie „tam”, do miejsca, w którym ktoś nas porzucił. Emocjonalnie lub fizycznie, lub jedno i drugie. Trzeba tamtemu dziecku w nas udzielić wsparcia i pomocy. Inaczej borderline będzie zawsze naszym katem.  Borderline to żal

rozstanie

Rozstanie

Rozstanie

Ech ta przeszłość. Wciąż powoduje, że „dzisiaj” jest chore i trudne. Artur wyjeżdżał dziś popołudniu do Warszawy na pogrzeb matki, która zmarła w zeszłym tygodniu. Odprowadzałam go na przystanek autobusowy. Było mi źle już od samego rana, a raczej od wczoraj. Bardzo przeżywałam jego wyjazd. Nie będzie go tylko jutro, pojutrze z samego rana wraca do domu, ale i tak jest mi bardzo trudno. Boję się, kiedy wyjeżdża nawet na krótko. Boję się, że coś złego może się stać, że go stracę, że już nie będzie mój. Jestem zazdrosna o wszystko. O to koło kogo będzie siedział w autobusie. O to kogo spotka na dworcu, w barze, w sklepie. Jakby każda inna osoba mogła mi go po prostu tak z miejsca odebrać. Jakby on chciał wszystkie te inne osoby zamiast mnie. Jakbym nie była warta jego uczucia, jego uwagi, jego zaangażowania. I boję się jeszcze czegoś, czegoś co jest dla mnie najgorsze, najstraszniejsze, najbardziej przerażające: że nie zerwie ze mną relacji, utrzyma ją wmawiając mi, że wszystko jest ok a za moimi plecami będzie mnie zdradzał, ranił, upokarzał. Wolałabym, żeby odszedł, niż gdyby miał cokolwiek złego zrobić w naszym związku.

I znowu wtedy odzywa się moja druga połowa, ta normalna, rozsądna. Ona wie, że Artur nie jest takim facetem, że mnie kocha, szanuje i nie zrobiłby mi krzywdy. Przez chwilę jej słucham. Przez chwilę jej wierzę. I nagle zaraz potem ona znika a w jej miejsce pojawia się moja chora strona, pełna urojonej zazdrości. Oczami wyobraźni widzę jak Artur patrzy na inne kobiety, podziwia je, analizuje, pragnie ich. Ta myśl bardzo mnie rani i jest nie do zniesienia. Potem na chwilę znowu uświadamiam sobie, że to tylko wytwór mojej wyobraźni. Artur tego nie robi. Nie mam nawet wątpliwości, że on tego nie robi ale chory umysł każe mi w to wierzyć. Ciągła walka między dwoma sprzecznymi osądami. Ciągłe przeciąganie liny między dwiema moimi stronami. W ciągu jednej minuty potrafię kilka razy zmienić swoje zdanie na ten temat: on jest dobry – on jest zły.

obojętność matki

Obojętność matki

Obojętność matki

Była nieprzewidywalna. Czasami kochana, czuła i nad wyraz opiekuńcza. Czułam się wtedy bardzo kochana. Poświęcała mi sporo uwagi. Słuchała i rozmawiała ze mną. Do życia nie potrzebowałam praktycznie nic więcej. I nagle coś się zmieniało. Nigdy nie wiedziałam o co chodzi i co powoduje tę zmianę. Matka po prostu zmieniała się w kogoś innego. Traciłam z nią kontakt. Była albo agresywna i bardzo zezłoszczona albo zupełnie obojętna. Nie wiedziałam wtedy jako dziecko, że zależy to od jej stopnia upojenia alkoholowego. Czasami przesypiała cały dzień albo kilka dni pod rząd. Widziałam ją nieraz leżącą w łazience na podłodze. Zamykała wtedy drzwi od wewnątrz w taki sposób, że nie mogliśmy dostać się do łazienki ale ja wtedy kładłam się pod drzwiami i przez kratki wentylacyjne widziałam ją leżącą na boku, zwiniętą w kłębek. Nie wiedziałam co się dzieje. Bardzo się o nią martwiłam. 

Alkoholizm matki

Swój alkoholizm matka ukrywała przed wszystkimi i ani ja ani moja siostra, ani nikt inny z rodziny czy znajomych nie wiedział o jej chorobie. Jej odmienny stan interpretowałam jako reakcję na mnie, na moje złe zachowanie. Obawiałam się, że zawiniłam. Próbowałam przypomnieć sobie co tym razem nabroiłam, co mogło wprawić ją w tak zły nastrój. Jej obojętność mnie zabijała. Czułam się przez nią opuszczona, porzucona emocjonalnie, niekochana w takich chwilach. Szukałam w sobie winy. Miłość mojej matki do mnie odbierałam jako uczucie uzależnione od mojego zachowania, warunkowe. To spowodowało, że w dorosłym życiu każdą przyjaźń czy miłość traktowałam w ten sam sposób. Jeśli ktoś mnie lubi to znaczy, że w każdym momencie może przestać. Obawiając się tego jednocześnie dążę do tego, aby się o tym przekonać. Jakbym za każdym razem sprawdzała, czy aby na pewno zasługuję na to, aby mnie lubić tak po prostu, bez stawiania warunków. Jeszcze bardziej skomplikowanie jest w związkach. Tak bardzo obawiam się, że ten ukochany nagle zniknie, odejdzie, porzuci, że na wszelki wypadek robię mu piekło, aby sprawdzić czy mimo wszystko zostanie.

Zabójstwo

Przez rodzaj relacji z moją matką tzw. miłość warunkową, dziś mam nieprawidłowe relacje z innymi ludźmi. Każdego dnia jestem zabijana. Wydaje mi się, że to mój partner wyciąga pistolet i bez mrugnięcia okiem celuje we mnie i oddaje strzał. Osuwam się wtedy tracąc grunt pod nogami i nie mam już siły samej się podnieść. Nie jest to jednak prawda. Broń sama znalazłam i to ja sama nią w siebie wycelowałam. Prawdą jest również to, że to ja sama oddaję najczęściej strzał. Mój partner mawia wtedy:

– Po co ci to jest? Po co to robisz?

A ja wciąż nie potrafię mu wytłumaczyć jak to jest mieć borderline. Staram się wtedy szukać przykładów, wizualizować mu to. Często odwołuję się do jego oczu, ponieważ ma poważne problemy ze wzrokiem. Pytam wtedy: – co widzisz z odległości 3 metrów? A on odpowiada, że tylko niewyraźne plamy. Drożę więc temat i pytam: – A możesz zobaczyć coś bardzo wyraźnie? I on wtedy odpowiada, że musiałby bardzo mocno skupić i wytężyć wzrok, ze wszystkich niemal sił i wtedy jest szansa, że zobaczy wyraźnie. Ja więc nie odpuszczam i pytam dalej czy kiedy patrzy normalnie, bez wysiłku to czy może z tej odległości zobaczyć coś wyraźnie i jego odpowiedź brzmi:- NIE. 

Ze mną jest tak samo. Kiedy na co dzień w naszej relacji on wyrazi swoje zdanie na jakiś temat, albo powie coś w żartach, albo coś skomentuje w nieodpowiedni dla mnie sposób to jest tak jakby wyciągnął broń i strzelił mi prosto w serce. Zabija mnie tym.  Na pytanie czy mogę w takim momencie zachować się inaczej odpowiedź jest prosta: NIE. Pierwsze moje odczucie to ból i żal, gniew i złość, to emocje automatyczne na które nie mam wpływu. Tak jak on nie ma wpływu by na odległość nie rozlewał mu się obraz. On ma tak zbudowane oczy – z wadą. Ja mam tak zbudowany mózg – również z wadą. A teraz idąc dalej czy mogę jednak nie odczuwać mimo wszystko tych emocji, kiedy moje uszy usłyszą słowa, które mój mózg przetworzy na „zagrożenie”. I tu znowu jest tak samo jak z jego oczami. Jeśli się bardzo mocno postaram, ze wszystkich swoich sił to jest szansa, że te emocje mnie nie opanują. Pewności jednak nie ma. Podobnie zresztą jak w jego przypadku. Muszę włożyć ogromny wysiłek by sobie wytłumaczyć w danej chwili, że mój partner mnie kocha, chce ze mną być, jestem z nim bezpieczna, nic mi nie grozi, on nie miał nic złego na myśli, nie chciał mnie zranić a ja po prostu jestem przeczulona i przewrażliwiona. 

 

borderline, brak poczucia własnej wartości, brak pewności siebie, niska samoocena

Mam na imię Magdalena.

Mój ojciec nigdy nie zwracał się do mnie moim imieniem. Zamiast niego używał imię Kasia. I tak byłam jego Kasią i jestem jego Kasią do dziś. Ma to swoje dobre i złe strony. Z jednej strony wszystko co zrobił mi złego, nie zrobił tak naprawdę mi – Magdzie, tylko Kasi. To Kasia przez niego cierpiała, płakała, czuła upokorzenie, smutek i żal. To Kasia była tą złą dziewczynką, w której oczach widział diabła. Patrzył mi czasami w oczy kiedy byłam mała, po czym stwierdzał:

– Wiesz Kasiu, widzę w twoich oczach diabła. Masz w sobie tyle zła.

Jako kilkuletnie dziecko, a potem już trochę starsze nie wiedziałam co odpowiedzieć i co o tym myśleć, ale sadziłam, że skoro on – mój ojciec – tak mówi, to pewnie jest to prawda. Wystawałam potem długo przed lustrem wpatrując się w swoje oczy i próbowałam dostrzec to co widział w nich mój ojciec. I udawało mi się to, byłam pewna że widzę w nich diabła. 

Była to dla mnie prawda bolesna. Nie chciałam być zła i nie wiedziałam nawet o co konkretnie chodzi ojcu. Szukałam w pamięci sytuacji, w których ten diabeł się we mnie uaktywniał. I po jakimś czasie zaczęłam je wynajdować, wkręcać sobie, że były, że są każdego dnia, że po prostu jestem złym dzieckiem. 

Z drugiej strony fakt, że nie byłam nazywana przez swojego ojca własnym imieniem sprawiał, że czułam, jakbym dla niego nie istniała. Jakby mnie nie było. Jakby moje istnienie w tej rodzinie było pomyłką, nieporozumieniem. Czułam się nieważna. Obca. Inna. Stąd brało się między innymi moje niskie poczucie własnej wartości, brak pewności siebie, poczucie, że jestem gorsza.  

Mam na imię Magdalena …