to koniec

To koniec

To koniec

W szkole bardzo podobała mi się książka „Granica” a zwłaszcza słowa jakimi się kończyła: „Chodzi o to, że musi coś przecież istnieć. Jakaś granica, za którą nie wolno przejść, za którą przestaje się być sobą.” Zdarzało mi się w życiu przekraczać wiele granic, wszystkie one trwale coś zmieniały. Albo coś we mnie albo coś w moim otoczeniu. Dziś znów jest taki dzień, gdy coś ważnego się skończyło. I wcale nie chcę oceniać czy to dobrze czy źle, bo skoro się skończyło to znaczy, że skończyć się musiało.

Granica

Przekroczyłam dziś granicę, której nie wolno mi było nigdy przekraczać jeśli chciałam by nadal było tak jak dotychczas, ale z jakiegoś powodu przekroczyłam ją i już nie da się nic zrobić. Jakby rozpadło się wszystko w drobny pył ale tak naprawdę po prostu odeszło. Odwróciło się, spojrzało powiedziałabym, że bez żalu i po prostu odeszło w swoją stronę. Zakończył się mój związek, choć pozornie jeszcze trwa. Wiem co teraz będzie, bo wszystko to już się kiedyś wydarzyło. Błagałam dziś swojego partnera, choć nie powinnam tak jak niegdyś błagałam kogoś kto był przed nim i od tamtej pory każdego dnia przestawałam go kochać, aż przyszła chwila, gdy stał mi się zupełnie obojętny. Jakby nigdy nie istniał. A początek swój miało to w akcie błagania, choć wtedy ten ktoś pod wpływem mojego błagania zrobił to o co prosiłam, a dziś pomimo tego, że uklękłam przed obecnym partnerem i błagałam na kolanach odwrócił się i odszedł, uwalniając mnie jednocześnie od miłości, którą go darzyłam. To proste – nigdy już nie można być z kimś kogo choć raz się błagało o cokolwiek.

Niepotrzebne

Zostałam sama w swoim świecie i zrobiło się tu więcej miejsca. Jest też dużo więcej spokoju. Doszłam do wniosku, że nikogo nie potrzebuję w moim świecie i nikt nie jest tu niezbędny. Czasami jest się sierotą od urodzenia nawet jeśli rodzice żyją. Kiedy jest nam źle nie możemy do nich przyjść, nie możemy się poskarżyć ani poprosić o pomoc. Jesteśmy zdani tylko na siebie. Kiedy mamy problem oni go wyśmiewają albo lekceważą. Kiedy płaczemy krzyczą na nas, żebyśmy nie histeryzowali. Czasami jest się sierotą od urodzenia nawet jeśli rodzice ciągle żyją. Jestem sierotą. Mój partner nie może być moim rodzicem. Nie zastąpi mi ojca. Nie da mi czułości i miłości, o której całe życie marzyłam. Nie obroni mnie przed niczym. Nie przytuli kiedy na to liczę. Nie porozmawia kiedy ja tego potrzebuję. To zupełnie osobny byt, który niczego mi nie zastąpi. Właśnie to zrozumiałam. On tylko „jest” i to wszystko. Czy jest jakaś różnica kiedy go nie ma? Całe życie szukałam w partnerze nieobecnego ojca z dzieciństwa. Chciałam by załatał we mnie wszystkie dziury i powiedział, że teraz już będzie dobrze. On tego nie potrafi. A ja nie potrafię go kochać, bo związek całe życie myliłam z opieką nade mną. Wypełnianiem mnie w pustych miejscach. Zapewnianiem, że warta jestem „być”. W innym związku nie potrafię być i nie wiem czy chcę. 

uciekać przed własnymi lękami

Uciekać przed własnymi lękami

Tekst napisany ubiegłej jesieni, kiedy jeszcze nie byłam gotowa zostać i walczyć:

Biegnę przez bukowy las w jesiennym deszczu. Krople wody są przejmująco zimne. Obkleiły moje okulary, rzęsy, oczy. Słyszę szelest mokrych liści pod stopami oraz bicie swojego serca. Pomimo chłodu w powietrzu i padającego deszczu nie czuję zimna. Nie czuję niczego z wyjątkiem strachu. To on powoduje, że cała drżę.
Biegnę tak szybko jak potrafię w tych warunkach. Podłoże jest śliskie i pełne wystających korzeni. Z powodu kropel deszczu wdzierającego mi się pod okulary mam ograniczoną widzialność. Moje stary adidasy już dawno przemokły, dżinsy i sportowa kurtka także. Wszystko stało się ciężkie i przywiera niczym skorupa do mojego ciała. Jestem zmęczona i chciałabym odpocząć ale nie mogę, wiem, że muszę uciekać. Tu nie jestem bezpieczna.
Mam tę świadomość, która goni mnie coraz dalej, że dopadną mnie kiedy tylko się zatrzymam. Dopadną i rozszarpią a potem będą żywic się moim bólem i krwią. Wiem co ze mną robią, gdy uda im się mnie schwytać. Wiem ile cierpienia muszę wówczas znieść dlatego wybrałam ucieczkę.
Ktoś kiedyś powiedział, że nie można całe życie uciekać. Chciałabym spotkać się z tym kimś i każdym kto twierdzi tak samo, spojrzeć mu w oczy i zapytać, na jakiej do licha podstawie tak twierdzi. Ja nie uciekałam przez całe swoje dotychczasowe życie. Teraz zaczęłam. Dlaczego? Bo dość mam stawiania się, tłumaczenia, bronienia, wyjaśniania. Dość mam cierpienia i bólu. Przyjmowania ciosów. Boję się i jest to jedyne dojmujące, zniewalające i determinujące mnie teraz uczucie.
Powoli zmierzcha. Delikatna mgła zaczęła wyglądać zza drzew. W powietrzu czuć zgniliznę. Jesień w pełni. Złoto pod nogami. Ciemne niebo nade mną. W sercu strach. W nogach zmęczenie. Muszę odpocząć, biegnę od dawna, nie umiem powiedzieć od jak dawna. Widzę w zasięgu wzroku zwalony pień drzewa. Podbiegam. Nachylam się i delikatnie przesuwam dłonią po mokrej, szorstkiej korze. Wzdycham. To jakbym znalazła chwilowe wytchnienie. Siadam. Moje nogi dziękują mi za to każdym mięśniem, każdym ścięgnem. Stopy mrowią. Mokra skóra pod spodniami swędzi. Rozglądam się wkoło. Bukowe drzewa wyglądają ponuro. Zazwyczaj jasna, srebrna niczym kora teraz pociemniała od wilgoci jest w kolorze stalowym.
Wciąż drżę. Nie ma dla mnie ratunku – myślę. Może tak miało być. Może to wszystko nie mogło się udać. Od początku egzystencja skazana na niepowodzenie? „Możesz być kim zechcesz” – stary, dobry slogan.Czy świniopas jeszcze kilka set lat temu mógł zostać kim chciał. Czy pokojówka, córka i siostra pokojówki a w efekcie i matka pokojówki, mogła być kim chciała? Czy żebrak mógł być kim zechciał? A może chłop pańszczyźniany? O co chodzi? O to, że czasy się zmieniły? Że dziś edukacja jest dla wszystkich? Że nie ma podziału na klasy społeczne. Owszem. Trudno się z tym nie zgodzić. Tylko, że sprawa nadal nie wygląda tak prosto. Na kogo wyrastają dzieci alkoholików? Narkomanów? I marginesu społecznego? Mogą dziś zostać kim chcą, ale kim zostają. Kim zostają ludzie z poporodowym uszkodzeniem mózgu, z „trudnym” wychowaniem, bez poczucia miłości i bezpieczeństwa? Bez poczucia akceptacji, często nawet tolerancji? KIM? Jakaś cześć z nich zostaje rzeczywiście kim chce. A co z resztą? Co z większością?
Dzisiejszy wieczór tak jak i cały dzień jest bezwietrzny. To rzadkość w tym górskim klimacie. Powietrze jednak z każda chwilą staje się ostrzejsze, bardziej przejmujące chłodem. Deszcz przeszedł w niewielka mżawkę. Podnoszę się i nasłuchuję. Słychać tylko szelest liści pod moimi zmęczonymi stopami oraz mój własny oddech. Rozglądam się wokoło. Co jakiś czas widnieją między drzewami skały porośnięte mchem. Znam taką jedną skałę. Jest wielka i posiada gęsty dywan z zielonego mchu. Ma też swoją nazwę: „dlaczego jestem”? i leży w moim sercu. Jest od niego większa ale nie będę teraz tłumaczyć jak to możliwe. O co chodzi? Nic wielkiego jak sądzę. Proste jedno zdanie: nie chcieliśmy cię, po prostu wpadliśmy. Oczywiście nie podaje się tego tak bez opakowania, bez czerwonej wstążeczki i kolorowego papieru. Więc brzmiało to ciut inaczej: „Nie planowaliśmy cię z ojcem. Po prostu się pojawiłaś, ale nie byliśmy na to przygotowani”. O i mamy już dobry początek historii. Ale teraz muszę biec. Muszę uciekać jak najdalej stąd. Muszę się ratować choćby ucieczką. To wcale nie jest najgorsze co można usłyszeć w życiu, w pewnym sensie to nawet można brać za dobra monetę. Zrobić coś sensownego ze swojego życia i udowodnić wszystkim wkoło a w pierwszeństwie im – rodzicom – że nasza egzystencja znalazła jednak swój sens i cel.

Dziś

Dziś już nie zamierzam i nie chcę uciekać. Zostaję i zrobię wszystko by pokonać swoje lęki. Nie jestem już bezbronnym dzieckiem. Potrafię się obronić. Przed sobą samą również.