zrozumieć siebie

Zrozumieć siebie

Zrozumieć siebie

Cisza… 

Syn gra na komputerze, starsza córka jest poza domem z przyjaciółką i wróci dopiero wieczorem, młodsza zasnęła w swoim łóżeczku. Artur jest w pracy. Ja leżę na kanapie owinięta kocem i próbuję się zrozumieć. Nigdy mi się to jeszcze nie udało. Czuję się jak bohater bajek, który musiał wykonać zadanie niewykonalne, bo jeśli tego nie zrobił to ginął. Był pożerany przez smoki albo zrzucany w czeluść piekielną.

Najczęściej na turniejach rycerskich bywało tak, że rycerz musiał wykonać zadanie albo trzy zadania, które decydowały o jego życiu i ręce księżniczki. Większość śmiałków jednak ginęła. I ja mam wrażenie, że zginę jeśli nie podołam temu zadaniu. Nie zrozumiem o co mi chodzi. Wiem tylko, że się boję i że sprzeciwiam się robieniu mi krzywdy. Z tego powodu robię te ciągłe awantury. Artur twierdzi, że to ja sama siebie krzywdzę a nie on.

Fałszywy obraz

Nie chcę krzywdzić nikogo, ani siebie ani mojej rodziny. Nie chcę krzywdzić Artura. Coś mi się w tym całym świecie nie zgadza. Wczoraj kiedy pytałam raz po raz Artura dlaczego patrzył na tamte kobiety w restauracji, w którymś momencie odpowiadając mi po raz kolejny, że na nikogo nie patrzył, że nikogo nie widział, prawie się rozpłakał. Do oczu napłynęły mu łzy, głos mu się załamał. A ja stałam i nie wiedziałam już komu mam wierzyć. Sobie czy jemu.

Czy mój umysł naprawdę mnie oszukuje? Czy wszystko co widzę jest zwykłą nieprawdą? To niemożliwe. Przecież widzę bardzo dobrze, słyszę bardzo dobrze. Artura zachowanie i słowa mnie bolą. Nie mogą mnie boleć bez przyczyny. Czy naprawdę jedyną przyczyną jest borderline? Nie wierzę w to. To nie mogą być tylko złudzenia, przewidzenia, omamy.

Dziś już było spokojnie, nie pokłóciliśmy się ani razu, ale lepiej tego nie wypowiadać przed 24.00. Oboje potrzebowaliśmy znowu oddechu, przerwy w tych nieustannych awanturach. Jutro 14 luty. Może ten dzień tez przyniesie coś dobrego, pozytywnego, coś co nas podbuduje. Choć trudno o tym w ogóle marzyć, gdy każdy dzień niemal teraz to klęska. 

Zazdrość o spojrzenia

Dzisiaj już zupełnie inaczej widzę wczorajszą sytuację czy ciąg sytuacji z restauracji. Inaczej też o nich myślę. Choć nadal nie wiem dlaczego wpadam w taką furię, gdy mój partner nawet przelotnie spojrzy na kogoś płci przeciwnej. Ja w zakresie własnej cielesności zawsze miałam wysokie mniemanie o sobie co rzadko zdarza się w BPD. Wciąż je mam mimo 41 lat. Uważam się za atrakcyjną kobietę, tak też się noszę (ubieram, maluję, czeszę) aby wciąż wyglądać bardzo atrakcyjnie. Tym bardziej nie wiem o co mi chodzi i dlaczego w takich chwilach tracę pewność siebie.

Visits: 48
zazdrość

Zazdrość

Zazdrość

Dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo trudny. Ostatnio tych trudnych dni jest coraz więcej i zdarzają się coraz częściej. Próbuję powiązać to w jakąś logiczną całość, bo moje Borderline też przybiera na sile. Dzisiaj znów uderzyłam Artura, chciałam w twarz, ale się zasłonił więc w efekcie uderzyłam go trzy razy w rękę. Awantury są codziennie a nawet kilka razy dziennie. Przypuszczam więc, że ze mną dzieje się coraz gorzej. zazdrość

Wszystko w pierwszej kolejności przez moją zazdrość. Pisałam o tym w innych postach, m.in. tu. To problem zarówno mój, jak i mojego partnera, no i moich dzieci również. Kiedy czuję się zazdrosna to jest jak atak spazmu. Mam ochotę wtedy rzucić się z wściekłością na Artura. Nie mogę tego kontrolować. Nawet z pozoru niewinne sytuacje wprowadzają mnie w furię. Jestem zazdrosna o każde spojrzenie na inną kobietę, o większość rozmów czy wymiany zdań. Staram się kontrolować każdy jego ruch. zazdrość

To potwornie męczy nas oboje i mam już tego serdecznie dosyć. Moja zazdrość jest jak trucizna, która nas zabija każdego dnia. Jeśli w jego słowach doszukam się czegoś co mi zagraża mój świat się sypie jak domek z kart. Spadam w czarną otchłań i nie ma już dla mnie ratunku. Wtedy nie liczy się już nic. zazdrość

Zmęczenie

Moje zmęczenie Borderline jest ogromne. Mój organizm ledwo funkcjonuje. Chwil normalności jest coraz mniej. To jest jak pętla, która zaciska się na mojej szyi. Nadzieja na to by było normalnie  w moim życiu maleje z każdą chwilą. Coraz więcej we mnie poczucia, że nie chcę już niczego. I wiem, bo czuję to całą sobą, że to droga w jednym kierunku. Nie mogę nawet się zatrzymać a co dopiero zawrócić z niej. zazdrość

Nie wiem co mam robić. Staram się ze wszystkich sił tłumaczyć sobie rozsądnie każdą sytuację ale to nic nie daje. Dziś poszliśmy z Arturem do restauracji na wcześniejsze trochę Walentynki. Udało nam się to tylko dzięki mojej siostrze, która została z naszą najmłodszą córką. To było dopiero drugie nasze wyjście od kiedy Mała się urodziła, czyli od 9 miesięcy. Jak tylko weszliśmy do restauracji Artur powiedział „dzień dobry” tonem, który od razu wyprowadził mnie z równowagi.

Przeciągnął te słowa jakoś tak dziwnie i bardzo zniżył ton. Zabrzmiało moim zdaniem tak jak nie powinno. Nie skomentowałam jednak tego i poszliśmy do stolika. Specjalnie posadziłam go tak by siedział przodem do drzwi. Dwa razy zdarzyło mu się spojrzeć na drzwi, gdy ktoś wchodził i dwa razy była to para. A więc i kobieta. Powiedziałam mu po tym, że chcę już wyjść i wracać. Oczywiście usłyszałam, że nie wie o co chodzi, więc mu wyjaśniłam, że o ton głosu jakim się przywitał z kelnerką i o te spojrzenia na osoby wchodzące. 

Znów usłyszałam, że nie wie o co mi chodzi, co mnie już wściekło do granic wytrzymałości. Potem przy stoliku obok usiadły dwie kobiety w dwoma psami. Artur ciągle gapił się na te psy i pytał, czy tu można wchodzić ze zwierzętami. Wyjaśniłam mu, że tak. On jednak ciągle patrzył na dwa bawiące się psy i komentował ich zabawy. Powiedziałam, że jeśli woli obdarzać uwagą psy to czuję się tu zbędna i może już wyjdę. Skwitował, że przecież wiem, że on bardzo lubi psy. Ja z kolei ich nie cierpię. 

Na koniec podchodząc do baru by zapłacić rachunek mijał się z kobietą, na którą spojrzał no i tu już miarka się przebrała. Miałam dość. Całą drogę awanturowałam się z nim o te spojrzenia na inne kobiety, zainteresowanie psami i „dzień dobry”, które nie powinno paść takim tonem. Po przyjściu do domu było już tylko gorzej. W końcu nie wytrzymałam, ubrałam się i wyszłam na spacer. Chodziłam ulicami nie wiedząc co ze sobą zrobić. Koszmar. 

Visits: 22
Borderline to żal

Borderline to żal

Borderline to żal

No a żal chodzi. O nic innego. Wszystkie inne emocje biorą się z żalu. Tak, to prawda, że lęk jest przeogromny i najsilniejszy u mnie. On determinuje wszystko. Mimo wszystko to od żalu wszystko się zaczęło. Borderline to żal

Matka kochała mnie bardzo, tak bardzo, że się dusiłam, nie mogłam oddychać, nie mogłam być sobą, nie mogłam dorosnąć. Wyręczała mnie we wszystkim, o wszystkim decydowała, kierowała mną, nie dając możliwości podejmowania decyzji. Wmawiała, że nic nie znaczę, że jestem nieporadna, słaba i żebym nawet nie myślała o tym, że mogłoby być inaczej. Twierdziła, że chce mnie ochronić przed rozczarowaniem. Że tak oczywiste jest to, że się nie nadaję, że nawet nie powinnam próbować. Borderline to żal

Kiedy była pijana nagle przestawała „mnie kochać”. Nie widziała mnie, nie odzywała się do mnie. Nie mówiła co mam robić. Nie kierowała mną. Wtedy nagle zostawałam sama, zdana tylko na siebie. Nie byłam do tego przystosowana, ponieważ w pozostałym czasie była przy mnie non-stop. Nie spuszczała mnie z oka. Miała wpływ na każdy mój krok. Takie chwile, gdy piła były dla mnie bardzo trudne. Borderline to żal
Borderline to żal

Czułam się porzucona

Czułam się  porzucona. Czułam się nikim. Nie rozumiałam co się dzieje. Z jakiego powodu pozbawia mnie swojej uwagi. Przejście z jednego stanu w drugi było płynne, choć poprzedzone jej nerwowością, po której następował okres „niedostępności”. Borderline to żal

Ojciec nic o mnie nie wiedział. Nie znał mnie. Byliśmy sobie zupełnie obcy. Nie mogłam na niego liczyć. Nie mogłam do niego przyjść gdy było mi źle. Słyszałam tylko jego ciągłe narzekanie do matki na mnie. Miał do niej pretensje, że źle mnie wychowuje, ale sam nigdy się tym nie zajął. Dla niego byłam „złym dzieckiem”. Do dziś nie wiem co to znaczyło.

Tak bardzo chciałabym żyć normalnie

Tak, mam żal. Taki olbrzymi, że mogłabym w nim utopić cały świat. Żal o to, że wydając mnie na świat oboje mnie skrzywdzili. Że z ich powodu cierpię już 41 rok życia i do dziś nie mogę się otrząsnąć. Od kiedy ojciec umiera na raka mój żal do niego topnieje, zmienia się w ogólny żal do życia. Tak bardzo chciałabym zacząć normalnie funkcjonować. Wiedzieć co to szczęście. Co to rodzina. Co to miłość. Co to spokój. Tak bardzo chciałabym normalnie żyć. 

Borderline – brak możliwości zmiany

Borderline to przedziwny stan. Jestem świadoma tego, że moja głowa mnie oszukuje. Oszukują mnie moje oczy, moje uszy. Oszukuje mnie mój umysł. Jestem tego świadoma. To tak jakbym ocknęła się nagle w czasie operacji na stole operacyjnym. Podana narkoza nie pozwoli mi się poruszyć ani dać znaku, że się wybudziłam i jestem świadoma, a mimo wszystko czuję wszystko.

Tak samo widzę swoje borderline. Co z tego, że jestem świadoma tego co się dzieje, skoro nie mogę zareagować? Nie mogę nic zmienić? Mechanizmy reakcji powstają w moim ciele zanim zdążę pomyśleć. Nie ma czasu na rozsądek. Nie ma czasu na przemyślenie. Nie ma czasu na przekonywanie samej siebie, że nic mi nie grozi. 

Ratunku! Atak paniki!

Co robić? Szukałam pomocy w internecie. Nie znalazłam jej. Co robić, gdy mam atak złości, lęku, paniki na raz? Jak się wyciszyć? Nie ma o tym ani słowa, bo czym są rady mówiące: „Postaraj się nie doprowadzać do sytuacji stresujących”? „Zapobiegaj przyszłemu stresowi„?
Borderline to żal

Żart? Nie wiem co mnie za chwile wyprowadzi z równowagi. Nie wiem, które słowo sprawi, że rzucę się na mojego partnera i będę chciała go bić. Kto pisze takie rady? Psychologowie? Uważam, że problem można usunąć tylko i wyłącznie u jego źródła, czyli w dzieciństwie. Nie ma możliwości aby usunąć skutek, nie usuwając przyczyny. Trzeba tam wrócić. Właśnie „tam”, do miejsca, w którym ktoś nas porzucił. Emocjonalnie lub fizycznie, lub jedno i drugie. Trzeba tamtemu dziecku w nas udzielić wsparcia i pomocy. Inaczej borderline będzie zawsze naszym katem.  Borderline to żal

Visits: 59
Ciernie z dzieciństwa

Ciernie z dzieciństwa

Moja mama alkoholiczka

Rozmawiałam dzisiaj z moją siostrą, która wróciła od rodziców i zadzwoniła do mnie. Chciała mi opowiedzieć o tym co powiedziała jej mama, która pijana zaczęła wygarniać jej swoje żale. Zaczęło się od tego, że zaczęła opowiadać siostrze dlaczego pije. Mówiła, że to przez jej beznadziejne życie, przez to, że w dzieciństwie nie była kochana, nie była przytulana, akceptowana. Potem kiedy poznała mojego tatę miała nadzieję, że wszystko się zmieni, że znalazła kogoś z kim będzie jej dobrze. Okazało się to pomyłką, ojciec bił ją, znęcał się nad nią, nie dawał pieniędzy na życie i na dzieci. Znowu nie czułą się ani kochana ani akceptowana. Całe życie ze wszystkim zmagała się sama, również z wychowaniem nas: mnie i siostry. Trzecią ciążę mama usunęła. To wszystko podała jako powód swojego alkoholizmu. Słuchałam bardzo uważnie tego co mówiła siostra. Wiem, że ciernie z dzieciństwa wpływają na całe późniejsze dorosłe życie.

Alkoholizm kontra borderline

Z problem alkoholizmu też się zmagałam. Trudno inaczej kiedy miałam podawany alkohol jako dziecko od piątego roku życia. Moja mama nie widziała w tym nic złego a może po prostu chciała mieć we mnie towarzyszkę do picia. Dziś patrząc na moje dzieci nie potrafię sobie wyobrazić takiej sytuacji bym mogła podać im alkohol, ale co siedziało wówczas w mojej mamie wie tylko ona sama. Parę lat temu podjęłam próbę ograniczenia alkoholu. Piłam dużo, od 18 roku życia codziennie około 3 piw. Dziś dopiero kiedy patrzę na to z perspektywy czasu widzę w sobie początki alkoholizmu. Wtedy nie widziałam w tym nic złego. Zawsze tłumaczyłam się, że mam mocną głowę i nawet nie szumi mi w niej a tym bardziej nie kręci po wypiciu tej ilości. Zgadza się, mój organizm rzeczywiście nie reagował żadnymi widocznymi objawami pewnie z tego powodu, że od dziecka był przyzwyczajony do spożywania alkoholu. Nikt nie był w stanie się domyślić, że cokolwiek piłam: nie plątał mi się język, miałam pewny krok, wyraźne spojrzenie. Zresztą rzadko się upijałam, jakkolwiek to brzmi. Chodzi mi o to, że sporadycznie czułam się pijana. Pewnie dlatego, że nienawidzę tego stanu, gdy tylko poczuję w głowie lekki zawrót natychmiast przestaję pić. Nie cierpię „helikoptera”.  Kiedy zdarzyło mi się, że uderzyłam mojego partnera na oczach moich dzieci zupełnie o tym nie wiedząc, jakbym miała czarną dziurę w głowie, powiedziałam sobie DOŚĆ. Pomimo, że tego dnia nie wypiłam ani kropli. Przez 3 miesiące w ogóle nie sięgnęłam po piwo (jest to jedyny alkohol jaki spożywam), a potem zaczęłam je pić od czasu do czasu np. w weekend. Po urodzeniu ostatniego dziecka znów piję częściej niż przez ostatni okres w swoim życiu, ale nie codziennie. Staram się by nigdy nie przekraczać 3 dni w tygodniu, ale kiedy zdarza się, że piję przez 4 to mam wyrzuty sumienia i następnie próbuję zrobić dłuższą przerwę. Już sama nie wiem co jest gorsze: alkoholizm czy borderline. Jedno i drugie marnuje życie. 

Bieganie

Dziś zrobiłam sobie przerwę i nie pobiegłam. Nie tłumaczę się – po prostu nie pobiegłam. Oczywiście korci mnie by powiedzieć, że to dlatego, że Artur wrócił przeziębiony z Warszawy i dlatego, że dwójka z trójki moich dzieci jest chora itp. ale nie zrobię tego. Nie będę szukać powodu, wykrętu, usprawiedliwienia. Gdybym naprawdę chciała pobiec to bym to zrobiła, widać nie chciałam. 

Brak miłości

Podsumowując jeszcze to zjawisko cierni z dzieciństwa dochodzę do wniosku,  że każde niekochane, zaniedbywanie dziecko będzie w życiu miało trudno. Normalność to chyba klucz do szczęścia. Co zatem z tymi, którym nie udało się w dzieciństwie zaznać „normalności” i nie potrafią jej też zbudować sobie i najbliższym w życiu dorosłym? Ciśnie mi się na usta tylko jedno: mają przesrane. Ja jednak będę za wszelką cenę szukać wyjścia.  Sposobu by przeszłość przestała determinować moją teraźniejszość.

 

Visits: 41
rozstanie

Rozstanie

Rozstanie

Ech ta przeszłość. Wciąż powoduje, że „dzisiaj” jest chore i trudne. Artur wyjeżdżał dziś popołudniu do Warszawy na pogrzeb matki, która zmarła w zeszłym tygodniu. Odprowadzałam go na przystanek autobusowy. Było mi źle już od samego rana, a raczej od wczoraj. Bardzo przeżywałam jego wyjazd. Nie będzie go tylko jutro, pojutrze z samego rana wraca do domu, ale i tak jest mi bardzo trudno. Boję się, kiedy wyjeżdża nawet na krótko. Boję się, że coś złego może się stać, że go stracę, że już nie będzie mój. Jestem zazdrosna o wszystko. O to koło kogo będzie siedział w autobusie. O to kogo spotka na dworcu, w barze, w sklepie. Jakby każda inna osoba mogła mi go po prostu tak z miejsca odebrać. Jakby on chciał wszystkie te inne osoby zamiast mnie. Jakbym nie była warta jego uczucia, jego uwagi, jego zaangażowania. I boję się jeszcze czegoś, czegoś co jest dla mnie najgorsze, najstraszniejsze, najbardziej przerażające: że nie zerwie ze mną relacji, utrzyma ją wmawiając mi, że wszystko jest ok a za moimi plecami będzie mnie zdradzał, ranił, upokarzał. Wolałabym, żeby odszedł, niż gdyby miał cokolwiek złego zrobić w naszym związku.

I znowu wtedy odzywa się moja druga połowa, ta normalna, rozsądna. Ona wie, że Artur nie jest takim facetem, że mnie kocha, szanuje i nie zrobiłby mi krzywdy. Przez chwilę jej słucham. Przez chwilę jej wierzę. I nagle zaraz potem ona znika a w jej miejsce pojawia się moja chora strona, pełna urojonej zazdrości. Oczami wyobraźni widzę jak Artur patrzy na inne kobiety, podziwia je, analizuje, pragnie ich. Ta myśl bardzo mnie rani i jest nie do zniesienia. Potem na chwilę znowu uświadamiam sobie, że to tylko wytwór mojej wyobraźni. Artur tego nie robi. Nie mam nawet wątpliwości, że on tego nie robi ale chory umysł każe mi w to wierzyć. Ciągła walka między dwoma sprzecznymi osądami. Ciągłe przeciąganie liny między dwiema moimi stronami. W ciągu jednej minuty potrafię kilka razy zmienić swoje zdanie na ten temat: on jest dobry – on jest zły.

Visits: 37
całkowite przeciwieńśtwo

Całkowite przeciwieństwo

Całkowite przeciwieństwo

Jesteśmy z Arturem całkowitym swoim przeciwieństwem będąc jednocześnie identyczni. To wzmaga mój chaos a potem nagle całkowicie go porządkuje tworząc na powrót ład. Wieczna eskalacja problemów i negatywnych nastrojów i ciągłe wymazywanie jak gumką wszystkiego co złe. Poszliśmy dziś na zakupy. Pokłóciliśmy się w sklepie przy kasie. Całą drogę powrotną do domu wrzeszczeliśmy na siebie dając upust swojej złości. Ponieważ kupiliśmy kołdrę i poduszkę Artur okładał mnie nimi gdy wracaliśmy, mówiąc, że musi odreagować. Śmieszyło mnie to bo wyglądało komicznie, jednocześnie nie chciałam tego pokazać bo byłam na niego wściekła. Ściągnęłam moje wielkie, grube rękawice, które dostałam od córki na gwiazdkę i raz po raz smagałam go nimi po twarzy. On próbował uników co tylko w połowie mu się udawało. Gdy tak ktoś na nas patrzy z zewnątrz pewnie myśli, że oboje mamy coś nie do końca ok pod sufitem. Ja po czterdziestce, Artur po pięćdziesiątce a wciąż zachowujemy się jak dzieci. Nawet „nasze” dzieci ( z trójki tylko jedno jest wspólne) nie chcą z nami nigdzie chodzić twierdząc, że zachowujemy się dziecinnie i robimy im siarę. My się przy tym dobrze bawimy i dobrze czujemy tak bawiąc się jakbyśmy znów mieli po kilka zaledwie lat. Tym sposobem gdy wróciliśmy do domu nie było już w ogóle tematu kłótni i wzięliśmy się do codziennych obowiązków nie pamiętając zupełnie zajścia ze sklepu.

Przebiegłam dziś 980 metrów. Bolą mnie uda i stopy.

Visits: 21
zacznę biegać

Zacznę biegać

Zacznę biegać

Moje szczęście z przedwczoraj przeszło w załamanie wczoraj i stabilny stan emocjonalny dziś. Sama mam już dosyć tych chwiejnych nastrojów i ciągłego zmieniania się wszystkiego we mnie. Czy w ogóle jest we mnie coś co się nie zmienia? Nie mogę sobie teraz przypomnieć takiej rzeczy.

Dziś wreszcie z samego rana Artur porozmawiał ze mną spokojnie o sytuacji z czwartku i wyjaśnił dlaczego tak się zachował. Dzięki temu odzyskałam stabilizację, choć oczywiście tylko chwilową bo zapewne jutro rozpłynie się ona całkowicie. 

Podjęłam decyzję, że zacznę biegać. Może to po części chociaż pozwoli mi odreagować stres. Artur powiedział, że będzie mnie wspierać i będzie obok mnie. Pobiegłam dziś po raz pierwszy. Nigdy w życiu nie biegałam ani nie uprawiałam żadnej innej aktywności fizycznej, w-f był w szkole moją zmorą, bo niemal wszystkie ćwiczenia sprawiały mi bardzo dużo trudu, na metę zawsze dobiegałam ostatnia.

Całe życie miałam fatalną kondycję fizyczną, do tego ostania moja ciąża w wieku lat 40 bardzo wyeksploatowała mój organizm i była dla mnie prawdziwym ultramaratonem. Dziś pomimo idealnej sylwetki z trudem wchodzę na trzecie piętro. Zresztą zawsze byłam szczupła a mimo to ruch sprawiał mi trudność.

Dziś pokonałam dystans zaledwie 760 metrów a mimo to teraz bardzo bolą mnie mięśnie nóg, ale mam 41 lat i jeśli teraz czegoś z sobą nie zrobię to już nigdy nie zrobię. Dlatego stawiam sobie jasny cel: przebiec jednym ciągiem 60 km, bez limitu czasu bo nie o czas mi zupełnie chodzi. Chcę to zrobić dla siebie i tylko dla siebie.

Całe życie czułam się gorsza, bo nie potrafiłam biegać, skakać przez kozła, robić fikołków do tyłu czy podciągać się na rękach. Nienawidziłam zajęć z wychowania fizycznego i bardzo się wstydziłam swojej nieporadności. Teraz chcę pokazać sobie i tylko sobie, że potrafię się zmienić. Nie tylko pokonać borderline ale też inne swoje słabości.

 

 

Visits: 50