Nowy etap w moim borderline

Nowy etap w moim Borderline

Nowy etap w moim Borderline

Zaczęło się wczoraj tak nagle i nieoczekiwanie. Tyle przemyśleń i tyle wniosków na temat mojego życia, dzieciństwa, początków zaburzenia. Krok po kroku zaczęło się wszystko układać. A zaczęło się od posprzątania kuchni.

Poczułam ogromną potrzebę jej wysprzątania, wyrzucenia wszystkiego co zbędne, dostosowania jej funkcjonalności. To co potrzebne poszło tuż pod rękę, to co rzadko używane zniknęło w trudniej dostępnych miejscach i nagle sprzątając tę moją kuchnię i obserwując jak się cudownie zmienia dla mnie zaczęłam zmieniać swoje myślenie.

Już gdzieś kiedyś słyszałam takie słowa, że sprzątając gruntownie swoje mieszkanie łatwiej zrobić również porządek we własnej głowie i w życiu. Teraz sprawdziłam, że to działa.

Zaczęło się od ojca. A może nawet nie od niego a ode mnie jako rodzica, jako matki. Od tego, że zaczęłam się zastanawiać dlaczego moje dzieci są nieszczęśliwe. Doszłam do tego, że za dużo czasu zajmują mi moje problemy i dlatego za mało poświęcam go im. 

I tak zupełnie luźno przeszłam do ojca, który całe życie zmagał się ze swoimi problemami w pracy i w małżeństwie, że dla mnie nie było go już wcale. A potem zaczęło do mnie dochodzić, że nie potrafiłam nigdy przytulać mojego syna, chociaż bardzo chciałam. Tak jak nie potrafię rozmawiać z moją starszą córką, chociaż wciąż marzę, że kiedyś będziemy potrafiły ze sobą rozmawiać. 

I znowu przed oczami stanął mi mój ojciec. On też nigdy nie był kochany, przytulany, akceptowany. Nikt z nim nie rozmawiał. Kiedy się upijał to opowiadał jak bardzo był bity przez rodziców, jak go nigdy nie rozumieli. I jak mama kupiła mu kiedyś nowe pończoszki (dla młodszych czytelników wyjaśniam, że zaraz po wojnie chłopcy nosili pończoszki i nie było w tym nic dziwnego ani śmiesznego).

Założyła mu je i wysłała na dwór, a on się bawił z chłopakami biegając gdzieś z kijami i podarł te pończoszki. Matka zeszła na dwór i zobaczyła go w tych nowych podartych pończoszkach i tak się zezłościła, że zaczęła go bić. A potem kazała wracać do domu, a że mieszkali w kamienicy na trzecim piętrze to kazała mu biec do góry i całą drogę po schodach biła go z całych sił a on płakał. Często opowiadał tę historię. Bardzo bolało go to zajście. 

I tak sobie myślałam wczoraj sprzątając tę kuchnię, że nie wolno mi oceniać rodziców, tego jacy są i jak postępowali. Nieszczęśliwe dziecko zawsze będzie kiedyś nieszczęśliwym rodzicem a w efekcie będzie miało nieszczęśliwe dzieci.

I jakoś mi ulżyło i zrobiło się lżej. I pomyślałam, że to czas, żeby dać dzieciom coś ważnego – siebie. A dzięki temu odzyskałam spokój, który mnie całkowicie pochłonął i utrzymuje się już drugi dzień a ja czuję z tym bardzo dobrze. 

 

oddać tatę

Oddać tatę

Oddać tatę

Oddać można zwierzę do schroniska, albo brudne ubrania do pralni. Oddać można książkę do biblioteki, albo pożyczone pieniądze. A co jeśli trzeba oddać rodzica starego i schorowanego do hospicjum? Podjęłyśmy z siostrą decyzję, że oddamy tatę, ponieważ nie jesteśmy w stanie zapewnić mu 24godzinnej opieki jakiej on potrzebuje. Sam tlen powinien być mu podawany przez 12 godzin na dobę. Pomimo tego, że każdego dnia chodzimy do niego przynajmniej 3 razy dziennie to zdecydowanie za mało, w porównaniu do opieki jakiej on potrzebuje. Więcej o chorobie taty pisałam w tym poście. oddać tatę

Jeśli się uda to w środę transport medyczny powinien zawieźć go do ośrodka, w którym będzie mógł spokojnie spędzić ostatnie miesiące swojego życia. Zanim to jednak nastąpi będziemy musiały stoczyć z naszą mamą bój o tatę, ponieważ ona zdecydowanie się temu sprzeciwia. Oddanie taty do ośrodka pozbawi ją pieniędzy, które potrzebuje na picie. Jego pieniędzy, które powinny iść tylko i wyłącznie na jego potrzeby. Tymczasem są dysponowane przez mamę według jej uznania. oddać tatę

Przypuszczamy, że mama będzie stawiać czynny opór, czyli poza płaczem i histerią będzie również używała siły. Kiedy jest pod wpływem alkoholu, czyli niemal cały czas przejawia zachowania agresywne. Szarpie i bije osoby postronne. Czeka nas więc jutro trudny dzień, gdyż musimy jej oznajmić naszą decyzję, że pojutrze tata jednak trafi do ośrodka. Mimo, że odczuwam duży stres z tym związany nie boję się. Odczuwam nawet po części satysfakcję, że wreszcie tata będzie bezpieczny wbrew woli mamy, a także dlatego, że postawimy z siostrą wreszcie na swoim o co walczyłyśmy od roku. oddać tatę

Ostatnie dni taty w domu

Dziś rano byłam u taty dać mu śniadanie. Po nocy siedział w ogromnej kałuży moczu, tylko w rozpiętym swetrze i mokrych skarpetach. Trząsł się z zimna. Obok jego fotela, na którym teraz funkcjonuje czyli śpi, oraz spędza cały czas, leżał przemoczony pampers i mokre spodnie. Na szczęście potrafił sobie te mokre rzeczy z siebie ściągnąć, co mnie ucieszyło, gdyż od kilku dni niestety po nocy siedział w pampersie tak zasikanym, że przemokniętym na wylot z ranami na pośladkach od odparzeń. Ubrałam go więc dziś w suche, czyste rzeczy, założyłam nowego pampersa, nakarmiłam i zostawiłam. Moja pijana matka kręciła się po domu. Kiedy na nią patrzę czuję złość i obrzydzenie.oddać tatę

Wczoraj wieczorem po raz kolejny siostra próbowała położyć tatę do łóżka ale znów krzyczał, że nie chce i żeby tego nie robić. W pozycji leżącej natychmiast zaczyna się dusić i nie może złapać oddechu. Jest to duży problem ponieważ jego stopy są już tak sine i opuchnięte przez nieustanne trzymanie ich w dół a wszystko co położy mu się pod nie, by trzymał je wyżej tata skopuje albo odsuwa.

oddać tatę

Wątpliwości

Mam w sobie dużo sprzecznych odczuć związanych z oddaniem taty do specjalistycznego ośrodka. Bardzo nie pasuje mi to słowo „oddać” ale przecież tak jest, że się go oddaje, więc po co to usprawiedliwiać czy zastępować to innym słowem? Sytuacja taty się nie zmieni, jeśli to na gorsze, więc będzie potrzebował coraz więcej opieki. Sytuacja mamy też się nie zmieni. Będzie piła dotąd aż się zapije, ale nie chcę by przepijała pieniądze taty, kiedy się nim w ogóle nie zajmuje. Moja sytuacja mieszkaniowa również na razie się nie zmieni, choć od roku walczę o możliwość sprzedania mieszkania, w celu kupna większego. Na razie musimy w pięć osób pomieścić się w trzech pokojach na 56 m2.

Cały czas wierzyłam, że uda mi się na czas kupić nowe mieszkanie i zabrać tatę na te jego ostatnie miesiące życia do siebie. Niestety sprawa sądowa ciągnie się już rok i na razie nic nie zapowiada by miała się zakończyć. Co do mojej siostry to również nie jestem w stanie jej przekonać by wzięła tatę do siebie a zresztą wiem, że nie mam prawa jej do tego zmuszać. Poza tym tata naprawdę potrzebuje całodobowej opieki.

Więcej o tym.

Borderline to żal

Borderline to żal

Borderline to żal

No a żal chodzi. O nic innego. Wszystkie inne emocje biorą się z żalu. Tak, to prawda, że lęk jest przeogromny i najsilniejszy u mnie. On determinuje wszystko. Mimo wszystko to od żalu wszystko się zaczęło. Borderline to żal

Matka kochała mnie bardzo, tak bardzo, że się dusiłam, nie mogłam oddychać, nie mogłam być sobą, nie mogłam dorosnąć. Wyręczała mnie we wszystkim, o wszystkim decydowała, kierowała mną, nie dając możliwości podejmowania decyzji. Wmawiała, że nic nie znaczę, że jestem nieporadna, słaba i żebym nawet nie myślała o tym, że mogłoby być inaczej. Twierdziła, że chce mnie ochronić przed rozczarowaniem. Że tak oczywiste jest to, że się nie nadaję, że nawet nie powinnam próbować. Borderline to żal

Kiedy była pijana nagle przestawała „mnie kochać”. Nie widziała mnie, nie odzywała się do mnie. Nie mówiła co mam robić. Nie kierowała mną. Wtedy nagle zostawałam sama, zdana tylko na siebie. Nie byłam do tego przystosowana, ponieważ w pozostałym czasie była przy mnie non-stop. Nie spuszczała mnie z oka. Miała wpływ na każdy mój krok. Takie chwile, gdy piła były dla mnie bardzo trudne. Borderline to żal
Borderline to żal

Czułam się porzucona

Czułam się  porzucona. Czułam się nikim. Nie rozumiałam co się dzieje. Z jakiego powodu pozbawia mnie swojej uwagi. Przejście z jednego stanu w drugi było płynne, choć poprzedzone jej nerwowością, po której następował okres „niedostępności”. Borderline to żal

Ojciec nic o mnie nie wiedział. Nie znał mnie. Byliśmy sobie zupełnie obcy. Nie mogłam na niego liczyć. Nie mogłam do niego przyjść gdy było mi źle. Słyszałam tylko jego ciągłe narzekanie do matki na mnie. Miał do niej pretensje, że źle mnie wychowuje, ale sam nigdy się tym nie zajął. Dla niego byłam „złym dzieckiem”. Do dziś nie wiem co to znaczyło.

Tak bardzo chciałabym żyć normalnie

Tak, mam żal. Taki olbrzymi, że mogłabym w nim utopić cały świat. Żal o to, że wydając mnie na świat oboje mnie skrzywdzili. Że z ich powodu cierpię już 41 rok życia i do dziś nie mogę się otrząsnąć. Od kiedy ojciec umiera na raka mój żal do niego topnieje, zmienia się w ogólny żal do życia. Tak bardzo chciałabym zacząć normalnie funkcjonować. Wiedzieć co to szczęście. Co to rodzina. Co to miłość. Co to spokój. Tak bardzo chciałabym normalnie żyć. 

Borderline – brak możliwości zmiany

Borderline to przedziwny stan. Jestem świadoma tego, że moja głowa mnie oszukuje. Oszukują mnie moje oczy, moje uszy. Oszukuje mnie mój umysł. Jestem tego świadoma. To tak jakbym ocknęła się nagle w czasie operacji na stole operacyjnym. Podana narkoza nie pozwoli mi się poruszyć ani dać znaku, że się wybudziłam i jestem świadoma, a mimo wszystko czuję wszystko.

Tak samo widzę swoje borderline. Co z tego, że jestem świadoma tego co się dzieje, skoro nie mogę zareagować? Nie mogę nic zmienić? Mechanizmy reakcji powstają w moim ciele zanim zdążę pomyśleć. Nie ma czasu na rozsądek. Nie ma czasu na przemyślenie. Nie ma czasu na przekonywanie samej siebie, że nic mi nie grozi. 

Ratunku! Atak paniki!

Co robić? Szukałam pomocy w internecie. Nie znalazłam jej. Co robić, gdy mam atak złości, lęku, paniki na raz? Jak się wyciszyć? Nie ma o tym ani słowa, bo czym są rady mówiące: „Postaraj się nie doprowadzać do sytuacji stresujących”? „Zapobiegaj przyszłemu stresowi„?
Borderline to żal

Żart? Nie wiem co mnie za chwile wyprowadzi z równowagi. Nie wiem, które słowo sprawi, że rzucę się na mojego partnera i będę chciała go bić. Kto pisze takie rady? Psychologowie? Uważam, że problem można usunąć tylko i wyłącznie u jego źródła, czyli w dzieciństwie. Nie ma możliwości aby usunąć skutek, nie usuwając przyczyny. Trzeba tam wrócić. Właśnie „tam”, do miejsca, w którym ktoś nas porzucił. Emocjonalnie lub fizycznie, lub jedno i drugie. Trzeba tamtemu dziecku w nas udzielić wsparcia i pomocy. Inaczej borderline będzie zawsze naszym katem.  Borderline to żal

Ciernie z dzieciństwa

Ciernie z dzieciństwa

Moja mama alkoholiczka

Rozmawiałam dzisiaj z moją siostrą, która wróciła od rodziców i zadzwoniła do mnie. Chciała mi opowiedzieć o tym co powiedziała jej mama, która pijana zaczęła wygarniać jej swoje żale. Zaczęło się od tego, że zaczęła opowiadać siostrze dlaczego pije. Mówiła, że to przez jej beznadziejne życie, przez to, że w dzieciństwie nie była kochana, nie była przytulana, akceptowana. Potem kiedy poznała mojego tatę miała nadzieję, że wszystko się zmieni, że znalazła kogoś z kim będzie jej dobrze. Okazało się to pomyłką, ojciec bił ją, znęcał się nad nią, nie dawał pieniędzy na życie i na dzieci. Znowu nie czułą się ani kochana ani akceptowana. Całe życie ze wszystkim zmagała się sama, również z wychowaniem nas: mnie i siostry. Trzecią ciążę mama usunęła. To wszystko podała jako powód swojego alkoholizmu. Słuchałam bardzo uważnie tego co mówiła siostra. Wiem, że ciernie z dzieciństwa wpływają na całe późniejsze dorosłe życie.

Alkoholizm kontra borderline

Z problem alkoholizmu też się zmagałam. Trudno inaczej kiedy miałam podawany alkohol jako dziecko od piątego roku życia. Moja mama nie widziała w tym nic złego a może po prostu chciała mieć we mnie towarzyszkę do picia. Dziś patrząc na moje dzieci nie potrafię sobie wyobrazić takiej sytuacji bym mogła podać im alkohol, ale co siedziało wówczas w mojej mamie wie tylko ona sama. Parę lat temu podjęłam próbę ograniczenia alkoholu. Piłam dużo, od 18 roku życia codziennie około 3 piw. Dziś dopiero kiedy patrzę na to z perspektywy czasu widzę w sobie początki alkoholizmu. Wtedy nie widziałam w tym nic złego. Zawsze tłumaczyłam się, że mam mocną głowę i nawet nie szumi mi w niej a tym bardziej nie kręci po wypiciu tej ilości. Zgadza się, mój organizm rzeczywiście nie reagował żadnymi widocznymi objawami pewnie z tego powodu, że od dziecka był przyzwyczajony do spożywania alkoholu. Nikt nie był w stanie się domyślić, że cokolwiek piłam: nie plątał mi się język, miałam pewny krok, wyraźne spojrzenie. Zresztą rzadko się upijałam, jakkolwiek to brzmi. Chodzi mi o to, że sporadycznie czułam się pijana. Pewnie dlatego, że nienawidzę tego stanu, gdy tylko poczuję w głowie lekki zawrót natychmiast przestaję pić. Nie cierpię „helikoptera”.  Kiedy zdarzyło mi się, że uderzyłam mojego partnera na oczach moich dzieci zupełnie o tym nie wiedząc, jakbym miała czarną dziurę w głowie, powiedziałam sobie DOŚĆ. Pomimo, że tego dnia nie wypiłam ani kropli. Przez 3 miesiące w ogóle nie sięgnęłam po piwo (jest to jedyny alkohol jaki spożywam), a potem zaczęłam je pić od czasu do czasu np. w weekend. Po urodzeniu ostatniego dziecka znów piję częściej niż przez ostatni okres w swoim życiu, ale nie codziennie. Staram się by nigdy nie przekraczać 3 dni w tygodniu, ale kiedy zdarza się, że piję przez 4 to mam wyrzuty sumienia i następnie próbuję zrobić dłuższą przerwę. Już sama nie wiem co jest gorsze: alkoholizm czy borderline. Jedno i drugie marnuje życie. 

Bieganie

Dziś zrobiłam sobie przerwę i nie pobiegłam. Nie tłumaczę się – po prostu nie pobiegłam. Oczywiście korci mnie by powiedzieć, że to dlatego, że Artur wrócił przeziębiony z Warszawy i dlatego, że dwójka z trójki moich dzieci jest chora itp. ale nie zrobię tego. Nie będę szukać powodu, wykrętu, usprawiedliwienia. Gdybym naprawdę chciała pobiec to bym to zrobiła, widać nie chciałam. 

Brak miłości

Podsumowując jeszcze to zjawisko cierni z dzieciństwa dochodzę do wniosku,  że każde niekochane, zaniedbywanie dziecko będzie w życiu miało trudno. Normalność to chyba klucz do szczęścia. Co zatem z tymi, którym nie udało się w dzieciństwie zaznać „normalności” i nie potrafią jej też zbudować sobie i najbliższym w życiu dorosłym? Ciśnie mi się na usta tylko jedno: mają przesrane. Ja jednak będę za wszelką cenę szukać wyjścia.  Sposobu by przeszłość przestała determinować moją teraźniejszość.

 

rozstanie

Rozstanie

Rozstanie

Ech ta przeszłość. Wciąż powoduje, że „dzisiaj” jest chore i trudne. Artur wyjeżdżał dziś popołudniu do Warszawy na pogrzeb matki, która zmarła w zeszłym tygodniu. Odprowadzałam go na przystanek autobusowy. Było mi źle już od samego rana, a raczej od wczoraj. Bardzo przeżywałam jego wyjazd. Nie będzie go tylko jutro, pojutrze z samego rana wraca do domu, ale i tak jest mi bardzo trudno. Boję się, kiedy wyjeżdża nawet na krótko. Boję się, że coś złego może się stać, że go stracę, że już nie będzie mój. Jestem zazdrosna o wszystko. O to koło kogo będzie siedział w autobusie. O to kogo spotka na dworcu, w barze, w sklepie. Jakby każda inna osoba mogła mi go po prostu tak z miejsca odebrać. Jakby on chciał wszystkie te inne osoby zamiast mnie. Jakbym nie była warta jego uczucia, jego uwagi, jego zaangażowania. I boję się jeszcze czegoś, czegoś co jest dla mnie najgorsze, najstraszniejsze, najbardziej przerażające: że nie zerwie ze mną relacji, utrzyma ją wmawiając mi, że wszystko jest ok a za moimi plecami będzie mnie zdradzał, ranił, upokarzał. Wolałabym, żeby odszedł, niż gdyby miał cokolwiek złego zrobić w naszym związku.

I znowu wtedy odzywa się moja druga połowa, ta normalna, rozsądna. Ona wie, że Artur nie jest takim facetem, że mnie kocha, szanuje i nie zrobiłby mi krzywdy. Przez chwilę jej słucham. Przez chwilę jej wierzę. I nagle zaraz potem ona znika a w jej miejsce pojawia się moja chora strona, pełna urojonej zazdrości. Oczami wyobraźni widzę jak Artur patrzy na inne kobiety, podziwia je, analizuje, pragnie ich. Ta myśl bardzo mnie rani i jest nie do zniesienia. Potem na chwilę znowu uświadamiam sobie, że to tylko wytwór mojej wyobraźni. Artur tego nie robi. Nie mam nawet wątpliwości, że on tego nie robi ale chory umysł każe mi w to wierzyć. Ciągła walka między dwoma sprzecznymi osądami. Ciągłe przeciąganie liny między dwiema moimi stronami. W ciągu jednej minuty potrafię kilka razy zmienić swoje zdanie na ten temat: on jest dobry – on jest zły.

jest mi zimno

Dlaczego do dziś jest mi zimno?

Dlaczego do dziś jest mi zimno?

– Mamo! – dobiega do mnie głośny głos – Mamo! Leżąc na plecach powoli odwracam głowę w kierunku głosu. Próbuję otworzyć oczy, ale one z jakiegoś powodu pozostają zamknięte. – Mamo! – słyszę znowu naglący głos, jak brzęk budzika, który rozkazuje nam go wyłączyć i wstać. Staram się zlokalizować źródło głosu, który dobiega z jakiejś odległości. Jest bliski i daleki równocześnie, jakby dwa głosy dobiegające z różnych odległości łączyły się w jeden i docierały teraz do mojej świadomości. Czyj to głos? – myślę. Wiem, że go znam, że jest mi bliski, że słyszałam go już tysiące razy. Mimo wszystko nie potrafię odpowiedzieć na pytanie do kogo należy. – Mamo! – słyszę znów. Już prawie go rozpoznaję. Odpowiedź jest na wyciągnięcie ręki. Czy to głos syna? Nie, to nie on. A może córki? Nie, też nie. Głos jest mi znany i bliski, ale nie należy do moich dzieci. – Mamo! – nagle zaczynam drżeć. Drżeć ze strachu. Wiem już co to za głos. To mój głos. Klęczę przy łóżku, na którym leży moja mama i wołam do niej próbując ją zbudzić. W końcu słyszę jej bełkot, z trudem wydobywający się z jej ust: „Nie ma mnie”. Odwracam się i wstaję. Biegnę w swój kąt pokoju. Łapię czarno-białego misia panda w ręce i zaczynam tulić do siebie. – Mamo ! – wołam jeszcze chwilę w myślach. – Mamo! Mamo! Mamo! Cisza. Pustka. Zimno. Wszechogarniające fizyczne, psychiczne i emocjonalne zimno. Chcę się ogrzać. Miś w moich ramionach, duży i puchaty nie potrafi ogrzać mojego ja, ale daje na chwilę poczucie bezpieczeństwa.

Sposób na uczucie zimna

Zimno. Muszę się ogrzać. Muszę się ciepło ubrać. Nie, to nie pomoże. Lepiej wezmę gorącą kąpiel. Zanurzę się w wodzie, której temperatura spowoduje czerwone zabarwienie mojej skóry. Tylko wtedy poczuję przez chwilę to upragnione poczucie, że jest mi wreszcie ciepło. Idę do łazienki, pośpiesznie ściągam z siebie ubranie, odkręcam kurki, zatykam korek. Wchodzę do środka. Woda jest bardzo gorąca, ale wytrzymuję. Ktoś puka w drzwi. – Mamo! – słyszę głos po drugiej stronie drzwi. – Kąpię się synu – odpowiadam. – Pomożesz mi w zadaniu z polaka jak wyjdziesz? Wzdycham. – No dobrze, przygotuj – mówię głośno i siadam z podkulonymi nogami w wannie. Opieram brodę o kolana. Zimno mi – powtarzam w myślach. Muszę się zagrzać – powtarzam w kółko. Po chwili woda mnie rozgrzewa. Mam uczucie ciepła, choć zdaję sobie sprawę, że to chwilowe i już wkrótce ponownie opanuje mnie chłód. Przywykłam marznąć, to już dla mnie tak naturalne jak oddychanie. Zawsze jest mi zimno, z wyjątkiem tych krótkich okresów, gdy udaje mi się rozgrzać. Wtedy pragnę zatrzymać to uczucie na dłużej, ale ono mija, odchodzi jak kochanek, który dał już wszystko co mógł i nic więcej dziś już dać nie może.

borderline

Poczucie bezpieczeństwa na chwilę

– Córeczko, wstawaj – dobiega mnie melodyjny głos, radosny, spokojny, ciepły. Uwielbiam ten głos, bo jest dla mnie wszystkim. Nic bardziej cennego już w życiu mnie nie spotka. Wybudzam się ze snu i wolno otwieram powieki. Nade mną pochyla się moja mama, uśmiechając się głaszcze mnie po włosach i twarzy. Jakie to przyjemne. Jest mi tak dobrze, że aż błogo. Nie chcę niczego więcej prócz tego, by ta chwila trwała w nieskończoność. Wtulam twarz w jej kochaną dłoń i zapominam o tym, że wczoraj była kimś innym. Po raz tysięczny zapominam, że z mamą jest coś nie tak. Wiem, że nie mogę tego pamiętać i że muszę cieszyć się każdą chwilą, gdy jest cała dla mnie, zanim nadejdzie znowu chłód, niedostępność i brak kontaktu. Tego dnia mama przygotowuje mi pyszne śniadanie, potem idziemy na długi spacer, lody i zakupy. Wieczorem odwiedzamy ulubioną ciocię. To taki cudowny czas. Obie dużo się śmiejemy i dużo rozmawiamy. Świeci słońce i jest mi ciepło, komfortowo, idealnie. Jak w bajce, która jednak wiem, że zamieni się w koszmar już wkrótce.

Pająk

– Mamo – słyszę szept. Wybudzam się powoli. Tuż przy łóżku stoi moja córka z ogromnym misiem pod pachą. Zrywam się i siadam na łóżku. – Co się stało kochanie? – pytam. – W moim pokoju jest wielki pająk – mówi łamiącym się głosem. Wyciągam do niej ręce i sadzam sobie na kolana. – To nie jest zwykły pająk – mówię przecierając oczy. – Jest magiczny. – Magiczny?– pyta córka z niedowierzaniem. – Tak- zapewniam – zupełnie magiczny. A potem stawiam ją na podłodze – Chodź, obejrzymy go – mówię i obie idziemy za rękę obejrzeć wielkiego pająka. Mała istotka jaką jest to zwierze siedzi nieruchomo na ścianie tuż przy łóżku. – Co robi ten magiczny pająk? – pyta córka. – Hmmm… Myślę, że w tym momencie kontempluje, ale zaraz zrobi coś całkiem magicznego. I łapię pająka w dłoń, zamykam go w niej, a następnie otwieram okno i wypuszczam na parapet. Pająk zaczyna biec po nim a następnie staje nieruchomo. – Pofrunie? – pyta mała. Hamuję śmiech, robię bardzo poważną i przejętą minę, po czym mówię: – Kiedy temu pająkowi jest bardzo zimno i czuje się osamotniony, przychodzi do ciebie po pomoc. Chciałby poczuć się bezpiecznie i ciepło. Wie jednak, że możesz się go bać, dlatego siada sobie cichutko w pewnej odległości i patrzy na ciebie. On nie chce zrobić Ci krzywdy. Zostanie tu jeśli będzie czuł, że nie chcesz jego obecności, ale jeśli pozwolisz mu wejść z powrotem do pokoju to to zrobi. I znów przycupnie cicho w kąciku. Będzie Ci wdzięczny, że nie pozwalasz mu zamarznąć na zewnątrz. – A skąd pająk będzie wiedział czy ja chcę? Zrozumie jak mu powiem? – oczy córki stają się coraz większe ze zdziwienia. – Nie. On jest magiczny. Nie musisz mu nic mówić, wystarczy, że będziesz to czuć, wtedy i on poczuje. Córka obgryza w ciszy ucho swojego misia patrząc to na pająka to na mnie. Nic nie mówię. Czekam. Pająk powoli przemieszcza się w drugi kraniec parapetu. Odchodzi. Nagle zatrzymuje się, zamiera w bezruchu, trwa to kilka sekund. Następnie w bardzo szybkim tempie wraca w naszą stronę, siada na plastikowym obrzeżu okna i znów zamiera na jakiś czas a potem wślizguje się zwinnie do pokoju, przemieszcza się po wewnętrznym parapecie i znika pod nim.

– On naprawdę jest magiczny – woła córka z entuzjazmem. – Bałam się go i chciałam, żeby sobie poszedł ale potem kiedy już sobie szedł zrobiło mi się smutno. I znowu chciałam, żeby wrócił. I on mamusiu wrócił! – wykrzykuje z radością i mocno mnie przytula.

borderline

Jestem borderline. Jestem takim pająkiem. Ludzie się mnie boją. Czasami chcą, żebym odeszła. Kiedy znikam im z oczu nagle zaczynają tęsknić. Chcą bym wróciła. Jestem borderline. Jestem pająkiem, który pełny swoich lęków i strachów siedzi w ciemnym kącie. Boję się innych, inni boją się mnie…

uciekać przed własnymi lękami

Uciekać przed własnymi lękami

Tekst napisany ubiegłej jesieni, kiedy jeszcze nie byłam gotowa zostać i walczyć:

Biegnę przez bukowy las w jesiennym deszczu. Krople wody są przejmująco zimne. Obkleiły moje okulary, rzęsy, oczy. Słyszę szelest mokrych liści pod stopami oraz bicie swojego serca. Pomimo chłodu w powietrzu i padającego deszczu nie czuję zimna. Nie czuję niczego z wyjątkiem strachu. To on powoduje, że cała drżę.
Biegnę tak szybko jak potrafię w tych warunkach. Podłoże jest śliskie i pełne wystających korzeni. Z powodu kropel deszczu wdzierającego mi się pod okulary mam ograniczoną widzialność. Moje stary adidasy już dawno przemokły, dżinsy i sportowa kurtka także. Wszystko stało się ciężkie i przywiera niczym skorupa do mojego ciała. Jestem zmęczona i chciałabym odpocząć ale nie mogę, wiem, że muszę uciekać. Tu nie jestem bezpieczna.
Mam tę świadomość, która goni mnie coraz dalej, że dopadną mnie kiedy tylko się zatrzymam. Dopadną i rozszarpią a potem będą żywic się moim bólem i krwią. Wiem co ze mną robią, gdy uda im się mnie schwytać. Wiem ile cierpienia muszę wówczas znieść dlatego wybrałam ucieczkę.
Ktoś kiedyś powiedział, że nie można całe życie uciekać. Chciałabym spotkać się z tym kimś i każdym kto twierdzi tak samo, spojrzeć mu w oczy i zapytać, na jakiej do licha podstawie tak twierdzi. Ja nie uciekałam przez całe swoje dotychczasowe życie. Teraz zaczęłam. Dlaczego? Bo dość mam stawiania się, tłumaczenia, bronienia, wyjaśniania. Dość mam cierpienia i bólu. Przyjmowania ciosów. Boję się i jest to jedyne dojmujące, zniewalające i determinujące mnie teraz uczucie.
Powoli zmierzcha. Delikatna mgła zaczęła wyglądać zza drzew. W powietrzu czuć zgniliznę. Jesień w pełni. Złoto pod nogami. Ciemne niebo nade mną. W sercu strach. W nogach zmęczenie. Muszę odpocząć, biegnę od dawna, nie umiem powiedzieć od jak dawna. Widzę w zasięgu wzroku zwalony pień drzewa. Podbiegam. Nachylam się i delikatnie przesuwam dłonią po mokrej, szorstkiej korze. Wzdycham. To jakbym znalazła chwilowe wytchnienie. Siadam. Moje nogi dziękują mi za to każdym mięśniem, każdym ścięgnem. Stopy mrowią. Mokra skóra pod spodniami swędzi. Rozglądam się wkoło. Bukowe drzewa wyglądają ponuro. Zazwyczaj jasna, srebrna niczym kora teraz pociemniała od wilgoci jest w kolorze stalowym.
Wciąż drżę. Nie ma dla mnie ratunku – myślę. Może tak miało być. Może to wszystko nie mogło się udać. Od początku egzystencja skazana na niepowodzenie? „Możesz być kim zechcesz” – stary, dobry slogan.Czy świniopas jeszcze kilka set lat temu mógł zostać kim chciał. Czy pokojówka, córka i siostra pokojówki a w efekcie i matka pokojówki, mogła być kim chciała? Czy żebrak mógł być kim zechciał? A może chłop pańszczyźniany? O co chodzi? O to, że czasy się zmieniły? Że dziś edukacja jest dla wszystkich? Że nie ma podziału na klasy społeczne. Owszem. Trudno się z tym nie zgodzić. Tylko, że sprawa nadal nie wygląda tak prosto. Na kogo wyrastają dzieci alkoholików? Narkomanów? I marginesu społecznego? Mogą dziś zostać kim chcą, ale kim zostają. Kim zostają ludzie z poporodowym uszkodzeniem mózgu, z „trudnym” wychowaniem, bez poczucia miłości i bezpieczeństwa? Bez poczucia akceptacji, często nawet tolerancji? KIM? Jakaś cześć z nich zostaje rzeczywiście kim chce. A co z resztą? Co z większością?
Dzisiejszy wieczór tak jak i cały dzień jest bezwietrzny. To rzadkość w tym górskim klimacie. Powietrze jednak z każda chwilą staje się ostrzejsze, bardziej przejmujące chłodem. Deszcz przeszedł w niewielka mżawkę. Podnoszę się i nasłuchuję. Słychać tylko szelest liści pod moimi zmęczonymi stopami oraz mój własny oddech. Rozglądam się wokoło. Co jakiś czas widnieją między drzewami skały porośnięte mchem. Znam taką jedną skałę. Jest wielka i posiada gęsty dywan z zielonego mchu. Ma też swoją nazwę: „dlaczego jestem”? i leży w moim sercu. Jest od niego większa ale nie będę teraz tłumaczyć jak to możliwe. O co chodzi? Nic wielkiego jak sądzę. Proste jedno zdanie: nie chcieliśmy cię, po prostu wpadliśmy. Oczywiście nie podaje się tego tak bez opakowania, bez czerwonej wstążeczki i kolorowego papieru. Więc brzmiało to ciut inaczej: „Nie planowaliśmy cię z ojcem. Po prostu się pojawiłaś, ale nie byliśmy na to przygotowani”. O i mamy już dobry początek historii. Ale teraz muszę biec. Muszę uciekać jak najdalej stąd. Muszę się ratować choćby ucieczką. To wcale nie jest najgorsze co można usłyszeć w życiu, w pewnym sensie to nawet można brać za dobra monetę. Zrobić coś sensownego ze swojego życia i udowodnić wszystkim wkoło a w pierwszeństwie im – rodzicom – że nasza egzystencja znalazła jednak swój sens i cel.

Dziś

Dziś już nie zamierzam i nie chcę uciekać. Zostaję i zrobię wszystko by pokonać swoje lęki. Nie jestem już bezbronnym dzieckiem. Potrafię się obronić. Przed sobą samą również. 

obojętność matki

Obojętność matki

Obojętność matki

Była nieprzewidywalna. Czasami kochana, czuła i nad wyraz opiekuńcza. Czułam się wtedy bardzo kochana. Poświęcała mi sporo uwagi. Słuchała i rozmawiała ze mną. Do życia nie potrzebowałam praktycznie nic więcej. I nagle coś się zmieniało. Nigdy nie wiedziałam o co chodzi i co powoduje tę zmianę. Matka po prostu zmieniała się w kogoś innego. Traciłam z nią kontakt. Była albo agresywna i bardzo zezłoszczona albo zupełnie obojętna. Nie wiedziałam wtedy jako dziecko, że zależy to od jej stopnia upojenia alkoholowego. Czasami przesypiała cały dzień albo kilka dni pod rząd. Widziałam ją nieraz leżącą w łazience na podłodze. Zamykała wtedy drzwi od wewnątrz w taki sposób, że nie mogliśmy dostać się do łazienki ale ja wtedy kładłam się pod drzwiami i przez kratki wentylacyjne widziałam ją leżącą na boku, zwiniętą w kłębek. Nie wiedziałam co się dzieje. Bardzo się o nią martwiłam. 

Alkoholizm matki

Swój alkoholizm matka ukrywała przed wszystkimi i ani ja ani moja siostra, ani nikt inny z rodziny czy znajomych nie wiedział o jej chorobie. Jej odmienny stan interpretowałam jako reakcję na mnie, na moje złe zachowanie. Obawiałam się, że zawiniłam. Próbowałam przypomnieć sobie co tym razem nabroiłam, co mogło wprawić ją w tak zły nastrój. Jej obojętność mnie zabijała. Czułam się przez nią opuszczona, porzucona emocjonalnie, niekochana w takich chwilach. Szukałam w sobie winy. Miłość mojej matki do mnie odbierałam jako uczucie uzależnione od mojego zachowania, warunkowe. To spowodowało, że w dorosłym życiu każdą przyjaźń czy miłość traktowałam w ten sam sposób. Jeśli ktoś mnie lubi to znaczy, że w każdym momencie może przestać. Obawiając się tego jednocześnie dążę do tego, aby się o tym przekonać. Jakbym za każdym razem sprawdzała, czy aby na pewno zasługuję na to, aby mnie lubić tak po prostu, bez stawiania warunków. Jeszcze bardziej skomplikowanie jest w związkach. Tak bardzo obawiam się, że ten ukochany nagle zniknie, odejdzie, porzuci, że na wszelki wypadek robię mu piekło, aby sprawdzić czy mimo wszystko zostanie.

Zabójstwo

Przez rodzaj relacji z moją matką tzw. miłość warunkową, dziś mam nieprawidłowe relacje z innymi ludźmi. Każdego dnia jestem zabijana. Wydaje mi się, że to mój partner wyciąga pistolet i bez mrugnięcia okiem celuje we mnie i oddaje strzał. Osuwam się wtedy tracąc grunt pod nogami i nie mam już siły samej się podnieść. Nie jest to jednak prawda. Broń sama znalazłam i to ja sama nią w siebie wycelowałam. Prawdą jest również to, że to ja sama oddaję najczęściej strzał. Mój partner mawia wtedy:

– Po co ci to jest? Po co to robisz?

A ja wciąż nie potrafię mu wytłumaczyć jak to jest mieć borderline. Staram się wtedy szukać przykładów, wizualizować mu to. Często odwołuję się do jego oczu, ponieważ ma poważne problemy ze wzrokiem. Pytam wtedy: – co widzisz z odległości 3 metrów? A on odpowiada, że tylko niewyraźne plamy. Drożę więc temat i pytam: – A możesz zobaczyć coś bardzo wyraźnie? I on wtedy odpowiada, że musiałby bardzo mocno skupić i wytężyć wzrok, ze wszystkich niemal sił i wtedy jest szansa, że zobaczy wyraźnie. Ja więc nie odpuszczam i pytam dalej czy kiedy patrzy normalnie, bez wysiłku to czy może z tej odległości zobaczyć coś wyraźnie i jego odpowiedź brzmi:- NIE. 

Ze mną jest tak samo. Kiedy na co dzień w naszej relacji on wyrazi swoje zdanie na jakiś temat, albo powie coś w żartach, albo coś skomentuje w nieodpowiedni dla mnie sposób to jest tak jakby wyciągnął broń i strzelił mi prosto w serce. Zabija mnie tym.  Na pytanie czy mogę w takim momencie zachować się inaczej odpowiedź jest prosta: NIE. Pierwsze moje odczucie to ból i żal, gniew i złość, to emocje automatyczne na które nie mam wpływu. Tak jak on nie ma wpływu by na odległość nie rozlewał mu się obraz. On ma tak zbudowane oczy – z wadą. Ja mam tak zbudowany mózg – również z wadą. A teraz idąc dalej czy mogę jednak nie odczuwać mimo wszystko tych emocji, kiedy moje uszy usłyszą słowa, które mój mózg przetworzy na „zagrożenie”. I tu znowu jest tak samo jak z jego oczami. Jeśli się bardzo mocno postaram, ze wszystkich swoich sił to jest szansa, że te emocje mnie nie opanują. Pewności jednak nie ma. Podobnie zresztą jak w jego przypadku. Muszę włożyć ogromny wysiłek by sobie wytłumaczyć w danej chwili, że mój partner mnie kocha, chce ze mną być, jestem z nim bezpieczna, nic mi nie grozi, on nie miał nic złego na myśli, nie chciał mnie zranić a ja po prostu jestem przeczulona i przewrażliwiona. 

 

urojona zazdość, mój ojciec umiera

Mój ojciec umiera

Mój ojciec umiera …

Mój ojciec umiera każdego dnia na moich oczach. Rak zjada go kawałek po kawałku. Kiedy do niego przychodzę woła do mnie:

-Kasia, Kasia.

A ja głaszczę go po włosach. Ma demencję starczą. Nie porozumiewa się już z otoczeniem. Od czasu do czasu wypowiada albo wykrzykuje tylko pojedyncze słowa. Najczęściej jednak milczy. Rozgląda się wokół i bada uważnie wzrokiem otoczenie. Nikt z nas, jego najbliższych nie wie na ile jest świadomy tego co się dzieje. Zdarza się, że chce coś powiedzieć, szuka słów, ale zdaje się jakby nie potrafił ich sobie przypomnieć. Wtedy się bardzo denerwuje. Zastanawiam się co by mi jeszcze chciał powiedzieć gdyby znów potrafił normalnie się komunikować.  I czy miałby mi jeszcze coś do powiedzenia.

Autor moich zaburzeń

Patrzę na ojca bez współczucia, ale z żalem. Bez litości ale z chęcią pomocy mu. Jest autorem moich zaburzeń. Pozbawił mnie miłości ojcowskiej, która uważam, należała mi się. Nie otrzymałam od niego również nigdy czułości ani akceptacji. Brak tego drugiego pokutuje do dziś w moich relacjach z innymi ludźmi, zwłaszcza z partnerami. Wpływa również na moją niską samoocenę.  Nigdy nie czułam się przez niego kochana co odbierałam w taki sposób, że nie zasługuję na jego miłość. Może nie zasługuję też w ogóle na miłość. To stworzyło we mnie przekonanie, że skoro nie jestem warta miłości, to każdy mój partner z jakim się związałam w życiu szukał tylko okazji by nie dotrzymać mi wierności.

Urojona zazdrość

Na urojoną zdradę cierpię od zawsze, a pierwsze syndromy tego zaburzenia zauważyłam u siebie w czasie relacji z moim pierwszym chłopakiem. Miałam wtedy 16 lat i zazdrość o niego powodowała dziwne i niepokojące sygnały ze strony mojego organizmu. Każdy kolejny związek potwierdzał tylko, że z moją zazdrością o partnera jest coś nie w porządku. Nie jest ona normalna. Powoduje bardzo toksyczne relacje. Kiedy pojawia się u mnie zazdrość zmieniam się w inną osobę. Staję się agresywna. Nie jestem wtedy w stanie zapanować nad moimi emocjami. Mam wrażenie, że mój partner robi mi krzywdę i śmieje mi się z tego w nos. Kiedy atak zazdrości mija a ja odzyskuję równowagę zaczynam dostrzegać, że nic takiego nie miało miejsca. Pomagają mi w tym bardzo szczere rozmowy z partnerem. Życie z takim zaburzeniem nie jest życiem. To marnowanie czasu zarówno sobie jak i mężczyźnie, który jest ze mną związany. Każdego dnia cierpię z powodu urojonej zdrady, chociaż tylko w przypadku jednego partnera zdrada się potwierdziła. To jakby tylko wzmocniło wówczas moje zaburzenie. Mimo, że związek ten zakończył się wiele lat temu, wciąż odczuwam konsekwencje tego co się wtedy wydarzyło. Podejrzewam mojego obecnego partnera o to, że zachowuje się dokładnie tak samo jak tamten facet. Pomimo, że od pierwszej chwili widzę i czuję, że to zupełnie inny typ człowieka. Mojemu umysłowi i tak trudno to przyswoić.

Czy gdybym miała ojca …

Czy gdybym miała ojca kochającego mnie i w pełni akceptującego nie byłabym dziś zazdrosna o partnera? Jestem o tym przekonana i jestem w stanie to sprawdzić. Wystarczy, że zmienię wspomnienia. Oszukam sama siebie, że moje dzieciństwo wyglądało zupełnie inaczej. Wystarczy, że zarówno moje ciało jak i mój umysł w to uwierzą. Wtedy moje życie powinno się radykalnie zmienić. Czy tak się stanie? Przetestuję to, ale najpierw muszę do końca wysłuchać dziecko w sobie. To małe zranione dziecko, które pragnie tylko jednego: żeby bardzo uważnie posłuchać tego co ma do powiedzenia. Kiedy to już zrobię zmienię swoją przeszłość i swoje życie.

Podobnie gdyby moi rodzice nie byli alkoholikami nie miałabym dziś DDA. Z drugiej strony gdyby moi rodzice byli inni nie byłoby też dzisiaj mnie. Gdyby mnie kochali, akceptowali, rozumieli to dziś na moim miejscu byłaby pewna siebie i przekonana o swojej wartości kobieta, prawdopodobnie bez zaburzeń. Szczęśliwa i czerpiąca radość z każdego dnia. A „mnie” by nie było…

 

borderline, brak poczucia własnej wartości, brak pewności siebie, niska samoocena

Mam na imię Magdalena.

Mój ojciec nigdy nie zwracał się do mnie moim imieniem. Zamiast niego używał imię Kasia. I tak byłam jego Kasią i jestem jego Kasią do dziś. Ma to swoje dobre i złe strony. Z jednej strony wszystko co zrobił mi złego, nie zrobił tak naprawdę mi – Magdzie, tylko Kasi. To Kasia przez niego cierpiała, płakała, czuła upokorzenie, smutek i żal. To Kasia była tą złą dziewczynką, w której oczach widział diabła. Patrzył mi czasami w oczy kiedy byłam mała, po czym stwierdzał:

– Wiesz Kasiu, widzę w twoich oczach diabła. Masz w sobie tyle zła.

Jako kilkuletnie dziecko, a potem już trochę starsze nie wiedziałam co odpowiedzieć i co o tym myśleć, ale sadziłam, że skoro on – mój ojciec – tak mówi, to pewnie jest to prawda. Wystawałam potem długo przed lustrem wpatrując się w swoje oczy i próbowałam dostrzec to co widział w nich mój ojciec. I udawało mi się to, byłam pewna że widzę w nich diabła. 

Była to dla mnie prawda bolesna. Nie chciałam być zła i nie wiedziałam nawet o co konkretnie chodzi ojcu. Szukałam w pamięci sytuacji, w których ten diabeł się we mnie uaktywniał. I po jakimś czasie zaczęłam je wynajdować, wkręcać sobie, że były, że są każdego dnia, że po prostu jestem złym dzieckiem. 

Z drugiej strony fakt, że nie byłam nazywana przez swojego ojca własnym imieniem sprawiał, że czułam, jakbym dla niego nie istniała. Jakby mnie nie było. Jakby moje istnienie w tej rodzinie było pomyłką, nieporozumieniem. Czułam się nieważna. Obca. Inna. Stąd brało się między innymi moje niskie poczucie własnej wartości, brak pewności siebie, poczucie, że jestem gorsza.  

Mam na imię Magdalena …