zazdrość

Zazdrość

Zazdrość

Dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo trudny. Ostatnio tych trudnych dni jest coraz więcej i zdarzają się coraz częściej. Próbuję powiązać to w jakąś logiczną całość, bo moje Borderline też przybiera na sile. Dzisiaj znów uderzyłam Artura, chciałam w twarz, ale się zasłonił więc w efekcie uderzyłam go trzy razy w rękę. Awantury są codziennie a nawet kilka razy dziennie. Przypuszczam więc, że ze mną dzieje się coraz gorzej. zazdrość

Wszystko w pierwszej kolejności przez moją zazdrość. Pisałam o tym w innych postach, m.in. tu. To problem zarówno mój, jak i mojego partnera, no i moich dzieci również. Kiedy czuję się zazdrosna to jest jak atak spazmu. Mam ochotę wtedy rzucić się z wściekłością na Artura. Nie mogę tego kontrolować. Nawet z pozoru niewinne sytuacje wprowadzają mnie w furię. Jestem zazdrosna o każde spojrzenie na inną kobietę, o większość rozmów czy wymiany zdań. Staram się kontrolować każdy jego ruch. zazdrość

To potwornie męczy nas oboje i mam już tego serdecznie dosyć. Moja zazdrość jest jak trucizna, która nas zabija każdego dnia. Jeśli w jego słowach doszukam się czegoś co mi zagraża mój świat się sypie jak domek z kart. Spadam w czarną otchłań i nie ma już dla mnie ratunku. Wtedy nie liczy się już nic. zazdrość

Zmęczenie

Moje zmęczenie Borderline jest ogromne. Mój organizm ledwo funkcjonuje. Chwil normalności jest coraz mniej. To jest jak pętla, która zaciska się na mojej szyi. Nadzieja na to by było normalnie  w moim życiu maleje z każdą chwilą. Coraz więcej we mnie poczucia, że nie chcę już niczego. I wiem, bo czuję to całą sobą, że to droga w jednym kierunku. Nie mogę nawet się zatrzymać a co dopiero zawrócić z niej. zazdrość

Nie wiem co mam robić. Staram się ze wszystkich sił tłumaczyć sobie rozsądnie każdą sytuację ale to nic nie daje. Dziś poszliśmy z Arturem do restauracji na wcześniejsze trochę Walentynki. Udało nam się to tylko dzięki mojej siostrze, która została z naszą najmłodszą córką. To było dopiero drugie nasze wyjście od kiedy Mała się urodziła, czyli od 9 miesięcy. Jak tylko weszliśmy do restauracji Artur powiedział „dzień dobry” tonem, który od razu wyprowadził mnie z równowagi.

Przeciągnął te słowa jakoś tak dziwnie i bardzo zniżył ton. Zabrzmiało moim zdaniem tak jak nie powinno. Nie skomentowałam jednak tego i poszliśmy do stolika. Specjalnie posadziłam go tak by siedział przodem do drzwi. Dwa razy zdarzyło mu się spojrzeć na drzwi, gdy ktoś wchodził i dwa razy była to para. A więc i kobieta. Powiedziałam mu po tym, że chcę już wyjść i wracać. Oczywiście usłyszałam, że nie wie o co chodzi, więc mu wyjaśniłam, że o ton głosu jakim się przywitał z kelnerką i o te spojrzenia na osoby wchodzące. 

Znów usłyszałam, że nie wie o co mi chodzi, co mnie już wściekło do granic wytrzymałości. Potem przy stoliku obok usiadły dwie kobiety w dwoma psami. Artur ciągle gapił się na te psy i pytał, czy tu można wchodzić ze zwierzętami. Wyjaśniłam mu, że tak. On jednak ciągle patrzył na dwa bawiące się psy i komentował ich zabawy. Powiedziałam, że jeśli woli obdarzać uwagą psy to czuję się tu zbędna i może już wyjdę. Skwitował, że przecież wiem, że on bardzo lubi psy. Ja z kolei ich nie cierpię. 

Na koniec podchodząc do baru by zapłacić rachunek mijał się z kobietą, na którą spojrzał no i tu już miarka się przebrała. Miałam dość. Całą drogę awanturowałam się z nim o te spojrzenia na inne kobiety, zainteresowanie psami i „dzień dobry”, które nie powinno paść takim tonem. Po przyjściu do domu było już tylko gorzej. W końcu nie wytrzymałam, ubrałam się i wyszłam na spacer. Chodziłam ulicami nie wiedząc co ze sobą zrobić. Koszmar. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.